.: Moje przygody z motocyklami :.

Majowy wypad na Węgry

Dzień 1 – 29 kwietnia 2006 r.

I wreszcie nastał dzień wyjazdu!
Pobudkę ustawiliśmy z bratem na godzinę 7:00. Co prawda wyruszyć mieliśmy dopiero o 9:00 spod Szpili, ale trzeba było też coś zjeść, przyprowadzić motocykle z garażu i zapakować na nie wszystkie graty. Brat ponadto musiał się w ogóle spakować do wyjazdu, gdyż z Warszawy z pracy wrócił gdzieś dopiero o 1:00 w nocy :).
Około 8:00 rano zajechaliśmy do garażu po motorki i wróciliśmy nimi pod blok. Na liczniku na starcie miałem 62380km. W domu jeszcze wciągnęliśmy śniadanie i zeszliśmy pakować graty na motorki.
Tu Brat miał dużo łatwiej, bo tylko zapiął kufry i gitara, a ja bawiłem się w wiązanie sakw do stelaży ;). Z tego powodu Brat pojechał wcześniej zatankować i odwiedzić bankomat, a ja dalej walczyłem z bagażami – spotkać mieliśmy się pod Szpilą.
Pogoda niestety była deszczowa. Mokre ulice i żaby z nieba. Strasznie nie lubię wyruszać w deszczu, ale co zrobić… Pocieszałem się tym, że gdzieś tam w głębi Słowacji miało być już pogodnie :).
O 9:00 byliśmy umówieni pod Szpilą z Marianem, a o 10:00 w Bielsku z Astarte. Z Bratem na umówionym miejscu czekaliśmy już od 9:10.

Marian jednak, z uwagi na wredną pogodę, przyjechał dopiero jakieś 30 minut później. Ponadto pracownik Szpili – Mariusz – w międzyczasie poczęstował nas kawą (dzięki!), co opóźniło nas po przyjeździe Mariana o dalsze 10 minut.
O 10:00 jednak byliśmy „już” w drodze do Bielska. Deszcz padał, ale niezbyt intensywnie, a im dalej byliśmy, tym deszczu było mniej :). W Bielsku byliśmy o 10:50 i tam już praktycznie nie padało wcale :).
Spotkaliśmy się z Astarte na stacji benzynowej. Kto chciał, to zatankował, jednak potem, zamiast w dalszą drogę – do Węgierskiej Górki, gdzie był punkt zborny – pojechaliśmy… z powrotem do Goczałkowic! A to za sprawą PGRa, który 3 dni i 3 noce przed wyjazdem składał z puzzli motocykl, którym zamierzał jechać na Węgry, a w Goczałkowicach czekała na niego zębatka napędowa… Poniekąd byłem wkurzony w tamtym momencie, gdyż obsuwę czasową mieliśmy już poważną (o tej godzinie mieliśmy już ruszać z Węgierskiej Górki!), a po dojechaniu z zębatką, PGR musiał ją przecież jeszcze założyć – co oznaczało kolejne opóźnienie…
Po odebraniu zębatki w Goczałkowicach, ruszyliśmy przez Bielsko w stronę Żywca – droga ta okazała się niesamowicie zakorkowana. Pchaliśmy się jak się tylko dało, ale tempo jazdy było i tak znikome, a na to wszystko silnik zaczął mi się przegrzewać. Gdy termometr oleju wskazał 130 stopni stwierdziłem, że nie jadę dalej. Zatrzymałem się na poboczu i przeczekałem, aż temperatura opadła do 110 stopni… Cóż, kolejna strata czasu, ale gdybym zatarł silnik, to byłoby chyba gorzej ;).
Wreszcie o 14:00 dojechaliśmy do Węgierskiej Górki. Zębatka została dostarczona PGRowi, a my zabraliśmy się za jedzenie w knajpce, w której czekała na nas reszta ekipy.

Stało tam 5 motocykli i Matiz Miklasa. PGR był szósty, a my domykaliśmy tą liczbę do 10 sprzętów :).
Jakoś po 15:00, w końcu nadjechał PGR. No, co tu dużo mówić – odwalił „tjuning” jak się patrzy! I choć miałem pewne obawy, że na niesprawdzonej bryce PGR takie kilometry chciał pykać, to ostatecznie uznałem, że to nie mój problem ;).

O 15:30 wreszcie ruszyliśmy! Jedynie 4,5 godziny opóźnienia :). A mieliśmy tego dnia znaleźć się w Tokaju na Węgrzech… 🙂 Miodzio!
Poprowadził nas początkowo Matiz, bo PGR zjechał jeszcze na chwilę do domu. Miklas pojechał w kierunku Zwardonia, jednak po jakimś czasie, gdy PGR nas dogonił, zrobiliśmy w tył zwrot – pierwsze zbłądzenie tego pięknego dnia mieliśmy za sobą :).
PGR chciał zafundować nam wyprawę przez górskie winkle i pogonił w stronę przejścia granicznego w Glince :). Zakrętasy naprawdę były tego warte! Sucho się zrobiło, PGR jako autochton znał dobrze tamte drogi, więc siedząc mu na ogonie można było naprawdę zdrowo poskładać się w winklach :).
O 17:00 zajechaliśmy na przejście graniczne. Tam przywitał nas strasznie spięty w sobie celnik, który z założenia postanowił być dla nas niemiły. Wszystko musiało być jak sobie życzył, a kto odważył się oddalić od motocykla, ten zaraz zostawał za to objechany. Cóż, co się dziwić. Przecież jesteśmy dawcami i mordercami w kaskach, więc trzeba odpowiednio dać nam do zrozumienia, gdzie nasze miejsce ;).

Po tej niemiłej randce – wjechaliśmy na Słowację. Wreszcie!
PGR w dalszym ciągu trzymał się planu zafundowania nam wypasionej przejażdżki po górach, jednakże coś mu nie wyszło. W Tvrdosinie skręcił błędnie w lewo i wyprowadził nas na… przejście graniczne słowacko-polskie w Chyżnem! 😀

No to kolejna nawrotka o 180 stopni i rura z powrotem. A ponieważ smsami dostaliśmy informację, że w Popradzie pod Tesco już na nas czekał kolejny odłam ekipy, postanowiliśmy jechać już głównymi, szybszymi drogami.
„Wersja szybka” wcale jednak nie oznaczała braku winkli i potrzeby przeprawy przez góry. W Podbieli skręciliśmy w stronę Liptowskiego Mikulaszu, gdzie zaczęła się ostra jazda bez trzymanki górskimi serpentynami (droga nr 584) – zakrętasów było zatrzęsienie i naprawdę super się śmigało :). Po drodze zatrzymaliśmy się na fotkę w punkcie, gdzie był doskonały widok na Tatry Wysokie.

Tam Browar zakomunikował nam, że już praktycznie jedzie na oparach benzyny, więc jadąc dalej rozglądaliśmy się za stacją. Znalazła się takowa dopiero w Liptowskim Mikulaszu – Browar miał suszę w baku.
Po zatankowaniu, tradycyjnie PGR i Miklas w Matizie zgubili się, ale że wiedzieli gdzie jadą – ruszyliśmy bez nich autostradą bezpośrednio do Popradu.
No i teraz było szybko! Początkowo słyszałem, że mieliśmy lecieć 130km/h, ale gdy zapiąłem tę prędkość – wszyscy mnie objechali i zaczęli znikać za horyzontem ;). Zaniepokoiłem się, bo nie wiedziałem w sumie gdzie jadę ;), więc rozpędziłem się jak dzika świnia i zacząłem gonić resztę. Z sakwami i pod spory wiatr Sevenka nie bardzo chciała jechać więcej jak 180km/h. W sumie to i tak szybko, a z trudem doganiałem Prota na DragStarze 1100!
I to właśnie tam, podczas tej dzikiej szarży, zdarzyły się dwie rzeczy.
Najpierw przeżyłem ogromny stres. Autostrada była w zasadzie równa jak stół, ale w kilku miejscach asfalt nieco osiadł, tworząc wydłużone „niecki”. Gdy motocykl w coś takiego wpadał – zawiecha przysiadała, a gdy wyjeżdżał – nieco podrzucało sprzętem do góry. I właśnie przy wychodzeniu z takiej niecki, przy 180km/h, całkiem poważnie zabujało mi kierownicą i całym motocyklem w lewo i prawo. Wypisz wymaluj łagodne wydanie shimmy… Naoglądałem się na filmikach w necie, jak to się kończy, gdy efekt ten zaczyna się pogłębiać. Pocisnąłem więc tylny hamulec i tańczenie zelżało, ale naprawdę strachu się najadłem i poczułem respekt do prędkości. Człowiekowi się wydaje, że droga jak lotnisko i ma wszystko pod kontrolą, nic się stać nie może, a jednak…
A druga rzecz – tak zawzięcie goniłem Prota, że ukręciłem linkę prędkościomierza. Nie wytrzymała i trzasnęła przy przebiegu 62701km… Od tej pory do końca wyprawy nie wiedziałem z jaką prędkością się przemieszczam i ile kilometrów pokonuję :(.
Wreszcie ok. 18:45 dotarliśmy do Popradu i tego Tesco. Tam przywitaliśmy się z oczekującymi nas wycieczkowiczami oraz wszamaliśmy obiadek :). Mnie się już żołądek mocno buntował, więc pora była odpowiednia ;).

To nie mój obiad, tylko truchło urwanej linki.
A tu już stołujemy się z Browarem :).

Pół godziny później znowu dosiedliśmy maszyn i – w powiększonym składzie – pognaliśmy przez góry w kierunku granicy słowacko-węgierskiej. Początkowo było całkiem przyjemnie, fajowe winkle znowu, mocne złożenia itd, ale później zrobiło się gorzej, bo na asfalcie zagościły łaty piasku. W niektórych miejscach było go naprawdę dużo – aż strach jechać. Później zaczęło się do tego zmierzchać i piasek trudno było odróżnić od jasnego asfaltu…

Konsultacje z mapą po drodze 🙂

Ale jakoś daliśmy radę i kolejny raz zatrzymaliśmy się gdzieś na stacji po paliwo.
Tu pan z obsługi odmówił zatankowania Matiza gazem. Poniekąd nie spodobało się to niektórym wycieczkowiczom, co bardzo głośno i efektownie zaakcentowali, odstawiając – jak powiedział Prot – oborę ;). Zaryczały silniki, zawyły klaksony, zadymiły opony… No i ruszyliśmy dalej!
Było już całkiem ciemno. Trzymałem się zaraz za Matizem, przed którym prowadził PGR. Trasa zrobiła się mniej górska, bardziej prosta, więc zaczęło się ostre wyprzedzanie. Byłem pełen podziwu dla naszej czterokołowej bagażówki – wyprzedzała w stylu iście motocyklowym! 🙂
W pewnym momencie PGR łyknął Bóg wie już który samochód, Matiz pomknął jego śladem, a ja sprawdziwszy tylko, czy też się zmieszczę – lewy kierunek i rura! Gdy już furę miałem za sobą, zauważyłem, że ta zamiast znikać w lusterku, zaczyna znowu wyprzedzać mnie… Dopiero wtedy zacząłem coś podejrzewać, a gdy auto mnie wyprzedziło i zalśnił kogut na jego dachu – już wszystko było jasne :). Wyprzedziliśmy Policję :P.
Podobno jechałem grubo ponad 120km/h, a ograniczenie było do… 90km/h? 😉 Nasi nowi niebiescy przyjaciele zatrzymali jednak Matiza nie mnie, a PGR poszedł w długą i zwiał.
Efekt? Mandat w wysokości 2000 koron dla samochodu, motocykle wolne. Zrzuciliśmy się więc solidarnie wszyscy na ten mandat i… pognaliśmy dalej z taką samą prędkością jak wcześniej ;). Szybko odnalazł się też PGR.
Chyba w Rożniawie PGR znowu pobłądził. Marian – już wściekły na niego – wreszcie wyszedł na prowadzenie. I od tego momentu – jak twierdził PGR – zrobiło się nudno :). Dejchaliśmy ok. 22:00 jak po sznurku prosto na przejście graniczne.
Wreszcie byliśmy na Węgrzech!
Obraliśmy kierunek na Miszkolc, do którego prowadziła nudna jak flaki z olejem długa prosta. Znowu kupa wyprzedzania i nic ponadto. Przy naszym zmęczeniu – już przeszło 500km w kołach – ta prosta działała na nas ciut nasennie ;).
Przed Miszkolcem skręciliśmy w lewo już w kierunku Tokaju. I na tym ostatnim odcinku – rozpadało się!
No i tu to się naprawdę już bałem. Prędkość podróżna – choć nie wiem jaka z racji zepsutego licznika – była dla mnie zbyt duża. Test asfaltu (butem po drodze) wykazał, że jest ślisko jak cholera. Było ciemno i mokro – refleksy świetlne na mokrej szybce kasku bardzo rozmywały to, co działo się z przodu… Masakra! Tam naprawdę bałem się jechać – ale jechałem…
Wreszcie jednak dotarliśmy do tego Tokaju – była godzina 23:40. I na samym końcu – tak, żeby postawić kropkę nad i – „zabłądziliśmy”. Tj. zjechaliśmy z drogi w lewo, zamiast w prawo na kemping. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że po lewej zamiast drogi było coś w rodzaju ringu do walk błotnych ;). Motocykle nurzały się po ranty felg w syfie, a kto nieostrożnie podparł się nogą – miał całe buty również z błocka :). Browar prawie utopił w tym buta :P.
Nasz Matiz przy zawracaniu troszkę zaszalał i następnego dnia był dokumentnie cały ufajdany w błocie :).

Koło północy wjechaliśmy na prawidłowy już kemping. Zaparkowaliśmy sprzęty, wykupiliśmy domki, rozpakowaliśmy się i… prawie wszyscy poszli imprezować ;). Ja byłem zbyt na to padnięty i już o 1:30 poszedłem spać.
Tego dnia Brat przejechał 585km, więc ja zapewne też coś koło tego… 😉
Trasa nasza wyglądała mniej więcej następująco:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.