.: Moje przygody z motocyklami :.

Majówka w Leśnej

Dzień 3 – 2 maja 2008 r.

Wstałem już ok. 8:00 rano. Ktoś tak donośnie w nocy chrapał, że ciężko było nad ranem już spać :).
Na śniadanie zapodałem sobie jajecznicę i herbatę. A potem połaziłem sobie po okolicy, bo wczoraj już było ciemno i mało co było widać.
Z zewnątrz jaskinia prezentowała się interesująco. Wszystkie „wejścia” zlokalizowane były pod sporymi nawisami skalnymi, które pięły się pionowo w górę. Wokół lasy i nic więcej. Idealne miejsce, na ukrytą fabrykę zbrojeniową…

Ekipa powoli wstawała i śniadaniowała. Szybko też ludzie zaczęli się zbierać do odjazdu, bowiem na godzinę 11:00 Krasnal miał załatwione dla nas zwiedzanie elektrowni w Bogatyni, więc trzeba było się sprężyć.

I tak też ok. 10:20 wystartowaliśmy w drogę. Pogoda była śliczna, toteż nić nam nie mogło stanąć na drodze… No, może poza tankowaniem, które w takiej grupie trochę trwało :).
Do Bogatyni spóźniliśmy się nieznacznie, jednak nie pokrzyżowało nam to planów.
Na parkingu przed elektrownią dostaliśmy kaski i takie specjalne jednorazowe niebieskie bereciki – tak na wypadek, gdyby komuś nie pasowało zakładanie kasku, który nie wiadomo na jakiej głowie wcześniej siedział :P. I oczywiście bereciki zrobiły furorę :].

Wreszcie weszliśmy do środka i zaczęło się zwiedzanie. Łaziliśmy po różnych miejscach – od hali z gigantycznymi generatorami prądotwórczymi (czy jak je nazwać :P), poprzez sterownię, aż po sam dach, skąd rozpościerał się fantastyczny widok :).

Ale przyznać trzeba, że jednak większość ludzi pod koniec miała serdecznie dość i z ulgą przyjęła fakt opuszczenia elektrowni. Doświadczenie niesamowite – to fakt – ale trochę długie :P. Wolni byliśmy ok. 13:00.
Tu ekipa znowu nam się rozczłonkowała. Klaudiusz już definitywnie nas opuścił, jadąc gdzieś do cywilizacji (tj. na wschód :P), a reszta jakoś nie mogła się dogadać w kwestii tego, co robić dalej. Jedni więc pojechali już z powrotem do Leśnej, a pozostała część (w tym ja) postanowiła zjeść coś w Bogatyni.
Pojechaliśmy z Krasnalem do restauracji hotelowej, w której miało odbyć się jego wesele (lub tylko hotel był przeznaczony dla gości) i tam – w dosyć niewielkim składzie – zamówiliśmy żarełko.

Pamiętam, że strasznie mnie tam zagrzała kelnerka. Była delikatnie mówiąc niegrzeczna i pyskowała :P. Nie dostała więc napiwku ;). Ale przynajmniej żarcie było dobre…
Pojedzeni, postanowiliśmy pobujać się jeszcze po okolicy. Dokładnie nie wiem, którędy śmigaliśmy, bowiem prowadził nas Krasnal, jednak kierunkiem były Niemcy. Kręciliśmy się jak mniemam w okolicach Zittau, Olbersdorf i Oybin – tuż przy zejściu się trzech granic – Czeskiej, Niemieckiej i Polskiej :).
Duże deszczowe chmury, które jednak zaczęły pojawiać się od strony Niemiec, przegoniły nas w drogę powrotną do domu. Część ekipy jednak – z Gerardem na czele – oderwała się od nas, bowiem planowała odwiedzić Drezno. Pognali w sam środek nadciągającej ulewy :).
Zostaliśmy w trzy motocykle. Krasnal z Irką, Marian i ja :].

Ruszyliśmy z powrotem w kierunku Bogatyni, uciekając przed deszczem. Po drodze Krasnal pokazał nam jeszcze gigantyczną koparkę z kopalni odkrywkowej węgla brunatnego, znajdującej się w pobliżu Bogatyni.

Koparka była imponująca!

Chwilę później popełniliśmy – jak się okazało – taktyczny błąd. Ludziom zachciało się kawy. Zatrzymaliśmy się więc w przydrożnej knajpie i zamówiliśmy co kto chciał. A nad nami coraz bardziej jeżyły się ciężkie chmury…
Gdy znowu ruszaliśmy w drogę – było ciemno jak o zmierzchu :]. Wbiliśmy się w kombinezony przeciwdeszczowe i ruszyliśmy do Leśnej…
Brakło nam 3km, gdy nagle lunęło. Ale tak intensywnie, że absolutnie nic nie widziałem co się dzieje! Trzymałem się za światełkiem motocykla Mariana, a poza tym nie za bardzo widziałem gdzie jadę :D.
Marian zjechał do centrum Leśnej i tam schowaliśmy się w pasażu by przeczekać najcięższy deszcz. Przy okazji można było kupić zapasy na wieczór ;).

Szybko czekanie nam się znudziło, więc ruszyliśmy dalej. Brakowało nam i tak kilometra czy dwóch, by wyjechać z centrum Leśnej i wpakować się do ośrodka :). A w sumie zrobiłem tego dnia 171km.
Na miejscu większość ekipy już imprezowała. Wuj ze swoją paczką (już powszechnie znaną pod nazwą „Chór Wujów”) śpiewał na cały ośrodek, a inni albo pomagali, albo tylko słuchali z rogalami na twarzach. Alkohol też się trochę lał, więc brak pogody nikomu nie przeszkadzał ;).
Wkrótce impreza przeniosła się do jadalni znajdującej się w ośrodku. Przynieśliśmy tam kupę żarcia z własnych zapasów, piwo i mocniejsze trunki wyległy na stół, puszczono muzykę – i zabawa na całego :].

Ja tam jednak byłem zmęczony, więc ok. 19:00 uznałem, że pójdę się zdrzemnąć, by mieć energię do nocnego imprezowania. Jednak, gdy położyłem się do wyra to… obudziłem się rankiem następnego dnia… :]