.: Moje przygody z motocyklami :.

Kolejne Męskie Alpy

Dzień 3 – 25 sierpnia 2019 r.

Wstałem wcześnie, około 7:00. Śniadanie mieliśmy w cenie noclegu, więc zszedłem na stołówkę. Po drodze wyjrzałem sobie tylko na drogę, aby przyjrzeć się, jakie nam pogoda szykuje warunki. Było mocno pochmurno, ale asfalt był suchy, więc nie wyglądało to najgorzej.

Zjedliśmy wypasione śniadanie i ok. 8:00 wyprowadziliśmy się z pokoi. Mati załatwił z gospodarzami potencjalną opcję kolejnego noclegu za dwa dni, jeśli w drodze powrotnej okoliczności na to nam pozwolą. Żegnani ciepło, kwaterę opuściliśmy ok. 8:30.

Ruszyliśmy w trasę w stronę granicy z Włochami. Mieliśmy do wyboru dwie opcje. Albo pchać się drogą nr 100 aż do Lienzu i potem do granicy w stronę Innichen we Włoszech lub przebić się krótkim odcinkiem drogi nr 110 na południe do nr 111 i nią jechać na zachód ku temu samemu przejściu granicznemu. Druga opcja na mapie wyglądała na ciekawszą pod względem zakrętów, więc się na nią zdecydowaliśmy. Dotarliśmy do Oberdrauburg, skręciliśmy na południe i w Kötschach-Mauthen znowu obraliśmy kierunek zachodni.
Trasa nr 111 była bardzo przyjemna, a aura, choć pochmurna, do jazdy nadawała się wyśmienicie. Asfalt przeważnie był suchy, więc mogliśmy cieszyć się krętą trasą, biegnącą doliną przez lasy, wśród wzgórz.
Sielankę przerwała nam na chwilę blokada drogi w Xaveribergu, z którego wytyczony był wahadłowy objazd. Znak poinformował nas, że zielone światło świeci się tylko przez 5 minut o każdej połówce i pełnej godzinie. Mieliśmy zatem kwadrans czekania. W takiej ekipie, na małpowaniu i wygłupach zleciało nam to błyskawicznie.

Równo o 9:30 ruszyliśmy objazdem – najpierw stromo w dół po wąskim asfalcie, a potem wpadliśmy w las. Prowadzące mnie mapy gugla trochę się zbuntowały i w pewnym miejscu pokierowały mnie inaczej, niż wskazywały znaki objazdu, czego nie zauważyłem. W rezultacie zaczęliśmy wspinać się po coraz gorszych jakościowo drogach na jakąś górę, pośród pastwisk i wałęsających się krów. Ostatecznie wylądowaliśmy na szutrowej drodze, na stromym zboczu wzniesienia, z kapitalnym widokiem na okolicę. Oczywiście zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową, podczas której chłopaki uświadomili mnie, że pojechałem źle. No ale to już taka tradycja naszych wyjazdów, że za każdym razem muszę przez pomyłkę zapewnić nam jakiś off-road ;).

Zawróciliśmy i zjechaliśmy po swoich śladach to punktu, w którym popełniłem babola. Pojechaliśmy dalej zgodnie z oznakowaniem i bezproblemowo wydostaliśmy się z objazdu na trasę 111. Na niej, już bez żadnych przygód, dotarliśmy do granicy z Włochami, tankując uprzednio (ok. 11:00) baki do pełna.
Po przekroczeniu granicy z Włochami nawet się rozpogodziło. Drogą SS49 dojechaliśmy do miasta Innichen. W centrum zatrzymał nas na lewoskręcie przejazd kolejowy, na którym staliśmy kilka minut. I gdy nas wreszcie puścił, wjechaliśmy na trasę SS52, tj. przełęcz Monte Croce di Comelico (wysokość 1636 m.n.p.m.). Biegła ona szeroką doliną, a po naszej prawej stronie rozpościerał się przepiękny widok na piętrzące się skalne ostańce Dolomitów w Parku Natury Tre Cime. Widok był tak urzekający, że oczywiście trzeba było go uwiecznić. Zatrzymaliśmy się za wioską Bagni di San Giuseppe i aparaty poszły w ruch…

Kolejne kilometry zapewniły nam zaledwie kilka serpentyn, ale w wiosce Padola skręciliśmy na drogę SP532, wiodącą przez Passo di Sant’ Antonio. I tam czekała na nas prawdziwa uczta! Browar jechał jak szalony i nie umiałem go „zrzucić z ogona”. Nie wiem jak on to robi, ale jest zdecydowanie ode mnie szybszy – głębiej i pewniej składa się w zakręty. Chciałbym sobie to tłumaczyć tym, że moja Krowa ma już pierdylion kilometrów, a opony pamiętają zeszłoroczną Rumunię, ale szczera prawda jest taka, że Bronek jest po prostu lepszym zawodnikiem ;).
Ale nie liczy się to, kto ma dłuższego, tylko ubaw na winklach. A tego na Passo di Sant’ Antonio zdecydowanie nie brakowało. Dlatego nie mamy z tego odcinka żadnego zdjęcia ;).

Z przełęczy wpadliśmy na drogę SR48. Ta początkowo leciała przez wioski, później jednak zagłębiła się w tereny leśne i zaczęła wspinać się na zbocze góry. Na którymś zakręcie wypatrzyłem szutrowy parking z niezgorszym widokiem na Monte Cristallo (oczywiście wtedy o tym nie wiedziałem, po prostu była to dla mnie ładna panorama :P). Zatrzymałem się, reszta ekipy również, więc oddaliśmy się przyziemnym przyjemnościom, tj. podziwianiu, sikaniu i fotografowaniu.

Celem tej trasy miała być Strada Panoramica, prowadząca do samych podnóży górujących nad wszystkim szczytów górskich. W tym celu zjechaliśmy z SR48 na SP49 i po paru zakrętach, ok. 13:00, zatrzymały nas bramki poboru opłat.
Cena przejazdu zwaliła nas z nóg – 20 euro od motocykla! Za przejechanie kilku kilometrów, aby zobaczyć z bliska góry, które doskonale było widać i z samych bramek.

Dosyć szybko i jednogłośnie zdecydowaliśmy więc, że pierd***my Stradę Panoramicę i wróciliśmy kilka kilometrów nad jeziorko Lago di Misurina, skąd pasmo górskie było doskonale widoczne. Postój na sesję zdjęciową trwał jakiś kwadrans.

Dzień był jeszcze młody, więc obraliśmy kierunek na cel główny, tj. Ósemkę Sella. W tym celu musieliśmy dotrzeć do miasta Cortina d’Ampezzo. Prowadziła do niego zresztą ta sama co wcześniej trasa SR48.
Przecisnęliśmy się przez centrum miasta i w pogarszającej się pogodzie, w okolicy wioski Pocol, zapięliśmy drogę SP638, tj. Passo di Giau. Przełęcz ta jest fragmentem „dodatkowej” pętli Ósemki Sella i miała nas doprowadzić do tej właściwej.
Los chciał jednak inaczej. Gdzieś w połowie przełęczy, tj. w połowie najlepszego jak dotąd kawałka asfaltu – wąskiego, krętego, o rewelacyjnej nawierzchni – niestety zaczął padać deszcz. Zatrzymaliśmy się z Browarem na niewielkim parkingu i szybko ubraliśmy kombinezony przeciwdeszczowe. Gdy reszta ekipy, którą już na pierwszych zakrętach zgubiliśmy, do nas dojechała, lało już bardzo intensywnie. Kupa.

Ja osobiście myślałem, że przeczekamy ulewę i pojedziemy dalej, ale chłopaki uznali, że jest to bez sensu. Że i tak asfalt będzie mokry, więc szkoda zakrętów. Byłem zły, ale decyzja większości musiała zostać uznana.
Zawróciliśmy i zatrzymaliśmy się, aby pomyśleć co dalej w Pezie de Paru – małej knajpce-kawiarni. Wojtek był prze-szczęśliwy – wreszcie dostał swoją upragnioną popołudniową kawkę ;).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podczas nasiadówki pogoda nieco się poprawiła – przestało lać, niemniej ciężkie, pierzaste chmury opierały się o okoliczne szczyty gór. Wyglądało to genialnie, niemniej nie zwiastowało dla nas nic dobrego.

Kawiarnię opuściliśmy ok. 16:00, powziąwszy decyzję o przedwczesnym szukaniu noclegu.

Wróciliśmy do Cortina d’Ampezzo i niestety chyba z 2h straciliśmy na szukanie miejsca do spania. Wszyscy klikaliśmy w telefony i ze dwa razy przejechaliśmy w te i we w te przez centrum miasta, za każdym razem odbijając się od klamek znalezionych kwater.

W końcu, mając dość włóczęgi, zdecydowaliśmy się na najdroższą opcję znajdujący się kilka kilometrów za miastem. Zapięliśmy drogę SS51 i ta zaprowadziła nas do hotelu Cima Belpra. Motocykle zaparkowaliśmy na parkingu hotelowym po przeciwnej stronie ulicy i poszliśmy się zameldować.
Dostaliśmy 2 pokoje – Browar wziął dwuosobowy z Matim, a ja z Ynciolem i Wojtkiem wylądowaliśmy w trójce.
Po odświeżeniu się i przebraniu w cywilne ciuchy zeszliśmy ok. 18:30 na hotelowy taras. Pogoda – o ironio – zrobiła się piękna, więc skorzystaliśmy. Posiedzenie na powietrzu przy piwku i przy pięknych widokach było przyjemnie relaksujące po nieco nieudanym popołudniu.

Każdy z nas opróżnił po jednym kuflu i ok. 19:30 zeszliśmy do sali restauracyjnej na obiadokolację. Byliśmy już wściekle głodni.
Wziąłem sobie talerz z trzema rodzajami mięs i grillowanymi warzywami. Potrawa była pierwszorzędna, ale porcja dosyć skromna. Dopchałem się więc pieczywem i kolejnym piwem. Głodny spać nie szedłem ;).

Tego dnia przejechaliśmy tylko 234km.

Pokonana trasa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.