.: Moje przygody z motocyklami :.

Kolejne Męskie Alpy

Dzień 2 – 24 sierpnia 2019 r.

Pobudka o 7:00 rano.

W cenie noclegu mieliśmy śniadanie, więc zeszliśmy na stołówkę, aby je zjeść. Założenie mieliśmy niezmiennie te same, co na poprzednich wyjazdach – duże śniadanie, cały dzień jazdy z podjadaniem różnych dupereli i dopiero na wieczór obiadokolacja. W ten sposób można wycisnąć najwięcej jazdy w ciągu dnia. Koncepcja ta trochę nie odpowiadała Wojtkowi, który marzył o zatrzymywaniu się na kawki i posiłki, ale… został przegłosowany :).
Ogólny plan na dzisiaj obejmował pokręcenie się po austriackiej Karyntii i tych nieco mniej znanych trasach. Udało nam się połączyć w jedną całość cztery trasy widokowe opisane i polecane w naszym przewodniku. Na następne dni planem ogólnym były włoskie Dolomity.
Z garażu podziemnego wyjechaliśmy ok. 8:30.

Pogoda była taka sobie – niby słońce, niby ładnie, ale i sporo chmur.
Wyjechaliśmy drogą nr 163 w stronę autostrady A10, jednak naszym pierwszym celem była trasa nr 99, czyli przełęcz Radstädter Tauernpass o wysokości 1739 m.n.p.m. Biegnie ona z miasta Radstadt do Mauterndorf. Jak mówił przewodnik miała to być „ciekawa krajobrazowo i bezpłatna alternatywa dla nudnej autostrady”. Bez wodotrysków i ostrych zakrętów, ale w ciekawym krajobrazie.

I cóż tu się wiele rozpisywać – była taka, jak przewodnik mówił. Przyjemna, szeroka, dobra asfaltowo.

W Mauterndorf skręciliśmy na drogę nr 95 i przebiliśmy się nią do Predlitz. Tam zaczynała się druga trasa opisana w przewodniku – Turracher Höhenstrasse. Również nie można powiedzieć, że jest to konkurencja dla Stelvio Pass – ot, przyjemna trasa pośród lasów i gór (Alp Gurktalskich). Nie zatrzymaliśmy się na niej ani razu do zdjęć, co w jakiś sposób jest znamienne. Postój zrobiliśmy jedynie przy tablicy na szczycie przełęczy.

Warunki pogodowe z wolna przestawały być sprzyjające – zaczęło się mocno chmurzyć i miejscami pojawiał się mokry asfalt.

Trasę opuściliśmy przed jej końcem, znajdującym się w Patergassen, bowiem w okolicach wioski Ebene odbijała w prawo kolejna zaplanowana na dziś przełęcz – Nockalmstrasse. Miała to być przełęcz przez dziewicze tereny, pozbawiona jakichkolwiek wiosek na odcinku 35km. No i wreszcie czekały na nas prawdziwe zakręty :).
Na wjeździe na trasę zatrzymał nas ok. 10:40 punkt poboru opłat.

Zapłaciliśmy za wjazd po 12 euro od łebka i… przypomnieliśmy sobie o tankowaniu. Pani w okienku powiedziała nam, że stację znajdziemy poza płatną trasą w odległości 3km w wiosce Ebene i pozwoliła nam zawrócić, zapewniając, że wpuści nas na już zakupionych biletach.
Stację znaleźliśmy, gdzie być miała, uzupełniliśmy paliwo i wio! Na punkcie poboru opłat pani dotrzymała słowa, więc puściliśmy się w górę przełęczy, jak spuszczeni z łańcuchów – nad głowami wisiały nam już gęste i ciemne chmury, które w każdej chwili mogły zepsuć zabawę. A tej nie brakowało – trasa okazała się być piękna i kręta. Szybko poszliśmy w rozsypkę – każdy jechał, jak szybko chciał i zatrzymywał do zdjęć bez oglądania na resztę.

Pierwszą atrakcją na trasie, przy której zatrzymaliśmy się wszyscy, był taras widokowy Windebense. Znajduje się tam jakiś rezerwat przyrody i jeziorko ze szlakiem pieszym wokół tegoż. Nie mieliśmy jednak szczęścia – wszystko spowite było we mgle i akurat z autokaru wysypała się wycieczka emerytów. Zrobiliśmy więc tylko kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej.

Ok. 11:45 dojechaliśmy na Schiestlscharte – punkt znajdujący się na wysokości 2024 m.n.p.m. Była tam jakaś knajpka i parking.

Dla mnie nic ciekawego, więc puściłem się winklami dalej, ale chłopaki zostali i porobili sobie trochę zdjęć. Moja samotna szarża była genialna – trasę polecam, jest świetna, bardzo pozytywnie ją wspominam.
W pewnym miejscu, na niewielkim skrzyżowaniu znajdującym się w wąwozie otoczonym zewsząd stromymi zboczami, zatrzymałem się. Wokół wałęsały się krowy i panowała błoga cisza. Byłem tam zupełnie sam przed dłuższą chwilę, zanim ekipa do mnie dojechała.

Twórczość Browara 😉

Korzystając więc, że jesteśmy w komplecie, oczywiście znowu aparaty poszły w ruch.

Po tym postoju czekała nas jeszcze całkiem przyjemna liczba zakrętasów, które z parowu wyniosły nas ponownie na wyżyny i najwyższy punkt przełęczy o wysokości 2042 m.n.p.m.

Rozpościerał się z niego piękny widok, więc porzuciliśmy motocykle na parkingu i chwyciliśmy za obiektywy.

Próbowaliśmy machnąć sesję zdjęciową z podskokami na tle gór, ale jakoś w piątkę nie umieliśmy się zsynchronizować i efekt naszych wysiłków był… taki sobie ;).

Ok. 12:30 dojechaliśmy do miejscowości Kremsbrücke i wróciliśmy na trasę nr 99, opuszczając tym samym Nockalmstrasse.
Ostatnim celem na dziś, przed tranzytem do Włoch, była największa zapora w Austrii – Kölnbrein-Staumauer. Aby do niej dotrzeć musieliśmy zjechać z drogi głównej w Gmünd in Kärnten w prawo, na ok. 30-to kilometrowy odcinek „ślepej” trasy, biegnącej przez głęboką Dolinę Maltatal. Jest ona też nazywana Doliną Wodospadów – po drodze mijaliśmy ich kilka.

A bliżej zapory trafiliśmy na zabytkowe tunele wydrążone w naturalnym kamieniu, z których dwa były w remoncie z ruchem wahadłowym. To właśnie tam, gdy staliśmy na czerwonym świetle przed tunelem, nasze dotychczasowe szczęście powiedziało dość i zaczął kropić deszcz. Gdy zapaliło się zielone udało nam się uciec na chwilę ze strefy opadów i trochę dalej, w spokoju na poboczu drogi, z którego rozpościerał się piękny widok na zaporę, ubraliśmy kombinezony przeciwdeszczowe.

Na parking pod zaporą dojechaliśmy w deszczu. Nie była to ulewa, ale taki regularny, intensywny opad. Bez zdejmowania kasków ruszyliśmy, aby zobaczyć zaporę z bliska – głupio byłoby tego nie zrobić po osiągnięciu celu tylko przez złą pogodę. Zresztą aura była dla mnie magiczna – niskie chmury, deszcz, a przed nami potężna konstrukcja z betonu i ogromna zbiornik z niesamowitym kolorem wody. Jakoś wyjątkowo w tych warunkach pogoda mnie zupełnie nie irytowała.

Gdy weszliśmy na zaporę, zobaczyliśmy, że na jej środku znajduje się platforma widokowa, zawieszona nad przepaścią. Oczywiście poszliśmy w jej kierunku, by już po chwili dreptać po ażurowych kratach zawieszonych dziesiątki metrów nad dnem doliny. Potęga zapory uderzała tam w dwójnasób. Naprawdę imponująca budowla!

Kiedy nacieszyliśmy się widokami, niespiesznie wróciliśmy po 14:00 do motocykli.

Deszcz nie odpuszczał i takoż w deszczu ruszyliśmy w dół doliny. Zatrzymały nas po raz kolejny światła wahadeł przed tunelami, nim wydostaliśmy się na drogę główną. Kierując się na południe osiągnęliśmy drogę nr 100, której ogólny zachodni kierunek miał zaprowadzić nas na Lienz i granicę z Włochami.
Przez jakiś czas pogoda była znośna i nie padało, niemniej w pewnym momencie, przed godziną 16:00, znowu zaczęło intensywnie lać. Miałem dość i czułem głód, więc gdy zobaczyłem wściekle żółte mury jakiegoś zajazdu przy drodze – zatrzymałem się.

Chłopaki początkowo nie byli zgodni, czy postój jest sensowny, czy nie, ale ostatecznie uznaliśmy, że na dziś już nam wystarczy wrażeń. Zaczęliśmy szukać noclegu. Telefony w ruch! Byliśmy w wiosce Irschen i traf chciał, że kwaterę znaleźliśmy dosłownie 3 domy dalej. Żółty budynek był restauracją. Oczywiście w poszukiwaniu noclegu nieoceniony był Mati – z tubylcami świetnie się dogadywał po niemiecku.

I tak już o 16:45 motocykle znalazły się w garażu, a kwadrans później i my w pokojach. Wojtek dostał swój pojedynczy, ja zakwaterowałem się z Ynciolem, a Browar i Matim wylądowali razem w osobnym budynku. Pokoje były trochę śmieszne – wyposażone w umywalki i prysznice.

Przyjemnie było wreszcie zrzucić z siebie motocyklowe zbroje, wykąpać się i ubrać coś wygodnego.
Ok. 17:40 odświeżeni udaliśmy się do tej żółtej restauracji na obiadokolację i piwo. Przestało padać, więc spacerek był przyjemną opcją.

Restauracja była czynna i załapaliśmy się na ciepły posiłek. Troje z nas wzięło to samo – jakiś fajny kawał mięcha z warzywami i surówką, a reszta nie pamiętam co – ja miałem mięcho ;). Jedzonko było pierwszorzędne, a piwo po męczącym dniu genialnie posiłek uzupełniło.

Ok. 19:00 wróciliśmy „do siebie”. Na podwórku spotkaliśmy właścicieli i Mati zaczął z nimi rozmawiać. Od słowa do słowa nagle gospodarz kazał iść za sobą i zaprowadził nas do swojej piwniczki. A tam… Na drewnianym regale stało kilkanaście „balonów” z bimbrem. Każdy skrupulatnie opisany, na bazie czego został zrobiony. Były bimbry z jabłek, gruszek, ale i z orzechów włoskich, laskowych, czy z czego by sobie człowiek nie wymyślił. Matiemu zapłonęły oczy i – korzystając z gościnności gospodarza – zawzięcie kosztował kolejnych smaków. My oczywiście również. Od samego smakowania obawiałem się, że z piwniczki nie wyjdziemy o własnych siłach ;).

Ale wyszliśmy. I nawet jeszcze sobie poprawiliśmy Jaggermeistrem, siedząc na dworze w altance. Planowaliśmy przy okazji jutrzejszą marszrutę i dobrze się bawiąc, zasiedzieliśmy się aż do zmroku. Deszcz nas nie przegonił, choć w oddali grzmiało i błyskało.
W ogólnym zarysie planem naszym na kolejne dni miała być opisana w przewodniku tzw. Ósemka Sella, poszerzona o dodatkowy odcinek – w sumie 7 przełęczy wokół Dolomitów. Ale najpierw musieliśmy dotrzeć w jej rejony, na co musieliśmy poświęcić przynajmniej część następnego dnia.
Tego dnia przejechaliśmy 312km.

Pokonana trasa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.