.: Moje przygody z motocyklami :.

Czarnogóra

Dzień 8 – 4 maja 2007 r.

Wstaliśmy już o 7:00 rano. Obiecaliśmy dzień wcześniej właścicielom motelu, że opuścimy pokoje do godziny 8:00 rano, więc trzeba było sprężać się z wyjazdem.
Pogoda za oknem nie nastrajała optymistycznie. Co prawda nie padało, ale bardzo nisko zawieszone, ciężkie chmurzyska jasno dawały nam do zrozumienia, że nie będzie lekko…
Zjedliśmy sobie polowe śniadanie z produktów zakupionych wczoraj wieczorem, po czym ubraliśmy się już w motocyklowe ciuchy i opuściliśmy motel.

Jemy.

Doszliśmy jednak do wniosku, że nie ma sensu jeździć po warsztatach motocyklowych z całym bagażem, więc uzgodniliśmy, że Gosia zostanie pod motelem i będzie pilnowała naszych gratów, Manon odwiedzi bank i załatwi swoje sprawy, a my z Browarem mieliśmy się zająć przywracaniem FZXa do jako takiej sprawności technicznej.

Wartownik ;).

Motocykl Browara zapalił niezwykle chętnie i na wszystkie gary. Noc spędzona pod dachem dobrze mu zrobiła :). Chwilę po 8:00 podjechaliśmy więc do sklepu ze świecami zapłonowymi. Niestety na miejscu okazało się, że była tylko jedna świeca na stanie do FZXa…
Ponieważ deszczyk już sobie zaczął padać, na dojazdówce do salonu Yamahy FZX zaczął gubić cylindry. Na miejsce jednak karnie się dokulał o własnych siłach.

Salon Yamahy.

Serwis otwierany był o 8:30, więc chwilę musieliśmy poczekać. A gdy się otwarcia doczekaliśmy, niestety zbyt przyjaźnie nas nie przyjęto… Na samym wstępie gość absolutnie wykluczył możliwość wzięcia strajkującego motocykla na warsztat, a z niechęcią zgodził się na to, byśmy przed warsztatem, pod zadaszeniem sami pogrzebali sobie przy maszynie…
W salonie udało nam się na szczęście dostać odpowiednie świece i nowe fajki. Tych ostatnich dostaliśmy tylko trzy, ale zawsze to jakaś nadzieja, że motocykl będzie jechał.
Skorzystaliśmy z kompresora serwisu (przynajmniej tyle!), wydmuchaliśmy z gniazd świec syf i zajrzeliśmy, jak też świeczki wyglądają. W sumie kolor miały całkiem prawidłowy, iskry dawały, więc Browar zrezygnował z ich wymiany. Była szansa, że już same nowe fajki pomogą silnikowi…

Walczymy.

Poskładaliśmy sprzęta do kupy i silnik odpaliliśmy. Niestety zbyt równo nie pracował :|. I wtedy też zainteresował się wreszcie nami jeden serwisant. Z łaską przytargał urządzenie do sprawdzania impulsów na przewodach wysokiego napięcia i kolejno sprawdził każdy przewód w FZXie… No i wszystkie prąd dawały, choć dosyć nieregularnie…
Zapytaliśmy się, co z tym fantem zrobić. Gość rzucił okiem na licznik motocykla i zobaczywszy na nim przebieg przekraczający 70kkm stwierdził coś w stylu, że niczego innego nie ma się już co po tym sprzęcie spodziewać i żebyśmy jechali. Browar odparł bojowo, że odwiedzi to miejsce jak FZX będzie miał dwukrotnie większy przebieg, po czym ładnie podziękowaliśmy za pomoc i… cóż. Pojechaliśmy.
Była już 10:00 gdy wróciliśmy do Gosi i Manona. Objuczyliśmy sprzęty wszystkimi gratami i – w coraz silniej padającym deszczu – ruszyliśmy w stronę Splitu.
Pierwsze kilometry były tak samo powolne, jak dzień wcześniej. Jednak do Splitu już nie mieliśmy daleko, a tam zaczynała się nowa autostrada, rodząca nadzieję, że kilometry zaczną żwawiej uciekać.
Wreszcie – bramki wjazdowe na autostradę! I tam konsternacja. Nie wiedzieliśmy co zrobić, żeby podniosły się szlabany :). Zaobserwowaliśmy, że inni podjeżdżali tam do automatów z czytnikiem z wyrobionymi kartami i tak przedostawali się przez bramki. My oczywiście żadnych kart nie mieliśmy i totalnie zbaranieliśmy :). Dopiero po chwili zauważyliśmy przycisk, który z pewnym opóźnieniem wydawał jednorazową kartę na przejazd i otwierał szlaban :).
Kiedy wjechaliśmy wreszcie na autostradę na Zagrzeb, natura podarowała nam kilka kilometrów w bezdeszczowej pogodzie. Chmury wisiały złowrogo, ale było stosunkowo jasno i sucho. FZX szedł jak burza, więc na naszych gębach pojawiły się rogale, trochę „pościgaliśmy się”, wyprzedzając wzajemnie na przemian i generalnie cieszyliśmy się, że wreszcie robimy postępy…
Sytuacja ta była jednak krótkotrwała. Szybko pogoda pokazała nam swoje pazurki. Pociemniało, pokropiło, chlusnęło! Takiej ulewy to ja jeszcze nigdy w życiu swoim na motocyklu nie przeżyłem. Kombinezon przemókł mi na jajkach błyskawicznie, tak, że woda zaczęła spływać w nogawki spodni, wewnątrz rękawów kombinezonu zbierały się spore kałuże i nawet nowy kask Airoh z lekka zaczął popuszczać wodę :|.
O dziwo, Browar zaczął jechać jeszcze szybciej, niż po suchym. Prędkości wzrosły do 130-140km/h. Autostrada była stosunkowo pusta i prosta, więc w sumie „dało się”, ale przypominało to bardziej surfing niż jazdę na moto…
Dopiero na pierwszej stacji benzynowej Browar wyjaśnił mi w czym rzecz. Otóż jadąc do prędkości 120km/h silnik FZXa przerywał, kaprysił i nie chciał ciągnąć. Dopiero od 130km/h chodził w miarę równo i nic się nie działo. Choć Browar twierdził, że jechał ciągle na 3 cylindrach i od czasu do czasu przeżywał mrówki strachu, gdy momentami czwarty garnek odżywał i powodował gwałtowny skok mocy i przyspieszenia. W takich warunkach to doskonały przepis na glebę… Ale trzeba było jechać…
Ulewa trwała non stop, od czasu do czasu tylko słabnąc lub nasilając się. Ani na chwilę nie przestawało padać, a po autostradzie płynęły całe rzeki.
Około 14:30 zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej po paliwo oraz by rozgrzać się przy kawce i coś przekąsić. Na stację tę przyjechała również inna grupa polskich motocyklistów, których wyprzedziliśmy gdzieś po drodze. Bali się jechać tak szybko jak my ;).

Bidna, mokra, sponiewierana :(.

W ruch poszły rogaliki, herbatka i kawa. Machnęliśmy też sobie kilka fotek na pamiątkę, no i cóż. Trzeba było jechać dalej…

Grunt to pogoda ducha ;).

Pogoda oczywiście nie poprawiła się ani o jotę i tą następną setkę z okładem kilometrów przygrzaliśmy w równie makabrycznych warunkach jak wcześniej.
Dotarliśmy wreszcie do Zagrzebia. Na bramkach wyjazdowych z autostrady zapłaciliśmy za przyjemność szybkiego podróżowania, po czym ok 17:00 zjechaliśmy przy pierwszym napotkanym punkcie gastronomicznym. Trzeba było wrzucić w siebie jakąś ciepłą strawę…
Ciekawie wyglądaliśmy wchodząc do knajpy! Lało się z nas nie gorzej niż z tych chmur na zewnątrz, gdyż wodę mieliśmy dosłownie wszędzie…

Bo radośniej jest maluchom… ;]

Ponieważ w knajpce wybór był nieciekawy, zdecydowaliśmy się wszyscy na gulasz z sałatką i herbatę. I dosyć szybko tego pożałowaliśmy, bowiem żarcie to składało się w 70% z samych kości. Mięsa na lekarstwo, a sałatka wyglądała jakby ktoś już ją wcześniej zjadł :]. Ale przynajmniej herbata spełniła pokładane w niej oczekiwania ;).
Kiedy już zwolna kończyliśmy herbatę, do lokalu weszła grupka przemoczonych motocyklistów. Usiedli przy stoliku niedaleko nas, więc kiedy zaczęliśmy się zbierać do dalszej drogi, zagadnąłem ich, żartując, że mamy doskonałą moto-pogodę :). I tak od słowa do słowa dowiedzieliśmy się, że są Słoweńcami i też wracają z Czarnogóry. Wybili nam przy okazji z głowy pomysł noclegu w Austrii. Chcieliśmy bowiem dojechać i spać w Leibnitz. Słoweńcy powiedzieli nam, że tam będzie dwukrotnie drożej niż na Słowenii i żebyśmy lepiej zatrzymali się w Marlibor, przez które zamierzaliśmy jechać. A że było to ich miasto rodzinne, zaoferowali nam pomoc w znalezieniu noclegu. Super!
Ponieważ jednak oni dopiero do restauracji weszli, a my już zbieraliśmy się do drogi, oraz nasze prędkości przelotowe znacznie się różniły ;), zdecydowaliśmy się pojechać do Marlibor na własną rękę i poczekać na naszych nowych słoweńskich znajomych na pierwszej stacji benzynowej w mieście. Uzgodniliśmy tylko z nimi szczegóły i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Wjechaliśmy znowu na autostradę. Odcinek ten jednak był krótki i ucinał się tuż przed granicą ze Słowenią. Na bramkach trzeba było zapłacić jakieś marne grosze, a ja miałem tylko 10E. Dałem więc babce banknot, a ta wredna cholera wydała mi w chorwackich kunach. Wkurzyłem się wtedy na maksa, bo kasy już miałem mało, a ta jeszcze rozwaliła mi całą dychę wydając w bezużytecznej walucie :(.
No i od tego momentu przelotowa spadła. Do Marlibor nie było autostrady, a na zwykłej, dosyć krętej i zatłoczonej drodze nie dało się jechać zbyt szybko. O czym zresztą przypomniał nam jeden samochód leżący w rowie… 😐
Ponieważ w pewnym momencie dosyć poważnie się rozdzieliliśmy (nie zmieściłem się z wyprzedzaniem, a potem nie było okazji), Browar i Manon zjechali na przydrożną stację benzynową, by na mnie poczekać. No i zonk, bo gdy tam dojechałem, FZX nie chciał odpalić… Oczywiście – ciągle lało.
Zbawieniem okazał się kompresor do pompowania kół, którym Browar wydmuchał wodę z gniazd świec i sprzęcior z trudem, ale wreszcie – zaskoczył :).
Już całkiem wypompowani z życia tą nieustanną walką z warunkami atmosferycznymi, w zapadającym zmierzchu zjechaliśmy na pierwszą stację w Marlibor, by poczekać na Słoweńców. Zaskoczeniem dla nas było, że zjawili się zaledwie może dwie minuty później, i że przyjechał tylko jeden motocykl.
Był to Valter. Zsiadł ze swojej bryki i zupełnie nieoczekiwanie zaproponował nam, że możemy przenocować u niego w domu…! Szacun jak stado byków!
Gosi trochę się to nie podobało, ale ochoczo przystaliśmy na tę propozycję. Po tak ciężkim dniu przynajmniej znalezienie noclegu przyszło nam łatwo…
Valter poprowadził nas w stronę swojego domu, który znajdował się 7km od Marlibor. Wyjechaliśmy z miasta i jadąc wąskimi dróżkami wkrótce, ok. 20:00 znaleźliśmy się na placu przed domem i garażem Valtera.
Valter otworzył garaż, wyprowadził z niego samochód i zaoferował nam postawienie motocykli w środku. Wypas! 🙂
Zabraliśmy bagaże i poszliśmy do domu Valtera. Tam na progu wyskoczyliśmy z mokrych kombinezonów i butów, dostaliśmy ciepłe kapcie i weszliśmy do środka. Wszystkie nasze motocyklowe ciuchy i kombiki wylądowały w ciepłej piwnicy na wieszakach, przemoczone koszulki, skarpetki i majty poszły do prania, a buty wylądowały na piecu. Normalnie bajka! 🙂
Niedługo później, gdy już przebraliśmy się w suche rzeczy, wylądowaliśmy przy stole z rodzinką Valtera, na przygotowanej dla nas kolacji. Valter zarzucił nam też po browarku i po kolacji pokazał na kompie zdjęcia ze swojej wycieczki do Czarnogóry :).

Sielanka…

Miło się w takiej domowej atmosferze gawędziło, jednak trudy dnia dawały z wolna o sobie znać. Po 23:00 zacząłem więc kombinować nad spaniem ;).
Browar dostał z Gosią osobny pokój, a my z Manonem pokój syna Valtera, który na tę noc pojechał do swojej dziewczyny :). Także warunki noclegowe mieliśmy najlepsze, jakie można było sobie wymarzyć…
Tego dnia nakulaliśmy 577km. Zważywszy na warunki i moto Browara – całkiem nieźle. Licznik zatrzymał się na przebiegu 20792km.