.: Moje przygody z motocyklami :.

Czarnogóra

Dzień 5 – 1 maja 2007 r.

No i nastał pierwszy, luźniejszy dzień wyprawy! Po trzech dniach nieustannego ujeżdżania naszych rumaków, była to odmiana niezwykle przez wszystkich wyczekiwana…
O 8:00 rano obudził nas… meczet! A konkretniej dobywający się z niego śpiew.

Budzik 😛

Dosyć w sumie ciekawa sprawa, zupełna nowinka dla mnie i chyba większości z nas. Niestety o tej porze nie została ona chyba zbyt miło przyjęta ;). Przynajmniej ja byłem bardziej wkurzony niż zaskoczony tym tutejszym rytuałem :).
Na szczęście śpiewy dosyć szybko się skończyły, więc można było jeszcze trochę w ciszy sobie podrzemać :).
Nie na długo jednak. Tak gwałtownej pobudki, to się chyba nikt z nas nie mógł spodziewać. Otóż nagle ok. 8:30 z korytarza dobiegł naszych uszu wystraszony głos Reni – motocykle są poprzewracane…! 😐
Zerwaliśmy się z Marianem na równe nogi i minutę później już byliśmy na dole… Wyglądało to na pierwszy rzut oka, jakby ktoś celowo poprzewracał niektóre motocykle… Widok iście nieciekawy. Zadziwiające ile leżący na boku motocykl traci ze swojej dumy, wyrazu siły i dostojeństwa… Wygląda jak pokonana, bezsilna, upokorzona bestia…
Na boku leżało Varadero Staszka, GS Oleśki, Fireblade Manona i chyba TDMka Ilka, ale głowy nie dam. Moja TDMka stała oparta o Aprilię Gerarda, a oba V-Stromy były bardzo silnie przechylone, ze stopkami głęboko zapadniętymi w glebę.
Okazało się, że winowajcą był deszcz. Tak intensywnie padał całą noc, że rozmiękczył glebę ogródka, w którym sprzęty stały. Stopki boczne po prostu zapadły się pod ciężarem motocykli… V-Stromy nie poległy, bo Pietra i Wojtasik podstawili pod ich stopki pokrywki od słoików, a pozostałe stojące motocykle miały pod stopkami podłożone kamienie.
Straty? Staszkowi wgniótł się lekko kufer boczny, a Oleśce urwało się lewe lusterko. Czyli generalnie nie było tak źle, jak to na pierwszy rzut oka wyglądało.

Już postawione i zabezpieczone twardymi elementami pod stopkami 😉

Plany dzisiejsze obejmowały byczenie się na plaży i pływanie w morzu, jednak pogoda nam je pokrzyżowała. Było od rana pochmurno i chłodno… Trzeba było więc jakoś inaczej zorganizować sobie wolny czas.
Najpierw udaliśmy się na śniadanie. Wylądowaliśmy w knajpce „na rogu”, gdzie – tradycyjnie – wszamaliśmy sobie sałatkę szopską :). A po śniadaniu poszliśmy „w miasto”.
Najpierw łaziliśmy wzdłuż witryn sklepowych w centrum Ulcinj, jednak szybko nam się to znudziło i postanowiliśmy udać się na starówkę. Mnie podczas tego spaceru najbardziej podobał się napotkany przypadkiem egzemplarz polskiej myśli technicznej ;).

Kaszlak 🙂

Były różne pomysły, aby się na starówkę dostać, a w końcu poszliśmy tam chyba całkiem na około. Przynajmniej tak twierdził Marian :).
Po drodze mieliśmy całkiem niezłe widoczki na miasto Ulcinj i wybrzeże. Napotkaliśmy też na mały cmentarz, który – co było w pierwszej chwili zaskakujące – pozbawiony był krzyży. Potem dopiero oczywista myśl, że to w większości muzułmańska miejscowość… Pierwszy raz w życiu widziałem, jak wyglądają muzułmańskie nagrobki.

Wędrując na starówkę wspięliśmy się mimowolnie na całkiem konkretną wysokość, a potem ciasnymi, acz nie pozbawionymi uroku chodnikami ze stromymi schodami, zeszliśmy na dół do ulicy, która już zaprowadziła nas pod mury starówki.

Widok na starówkę.
Schodzimy na dół.

Weszliśmy do części „zamkowej” i omijając kraty oraz wspinając się na wysoki gzyms, dostaliśmy się na mury, z których rozpościerał się fantastyczny widok na wybrzeże…

Po prawej stronie miejsca, na które się wspięliśmy był jeszcze inny wysoki mur z małym zakratowanym przejściem. Za tym murem znajdowała się zamknięta i znacznie zarośnięta przestrzeń, która stanowiła wybieg dla… muflona :). Widok iście zaskakujący! Wyglądało to wszystko jak żywcem wyrwany z zoo zamknięty wybieg dla zwierząt :).

Zeszliśmy z murów i poszliśmy zwiedzać starówkę. Usiana była licznymi, wąziutkimi, kamiennymi uliczkami, biegnącymi między budynkami. Typowo południowa zabudowa…

W końcu wylądowaliśmy przy murach nad samym morzem, z których rozpościerał się widok na centrum Ulcinj i na małą plażę, przy której staliśmy wczoraj. Piękna lokalizacja, piękne widoki – oczywiście więc nie mogło w takim miejscu zabraknąć knajpy ;). Usiedliśmy przy stolikach i zamówiliśmy sobie piwka. Pełny relaks!

Ustaliliśmy, że pojedziemy jeszcze dziś pod granicę albańską, która była zaledwie parę kilometrów na południe od Ulcinj w Sveti Nikola. Dlatego też nie zamawialiśmy jeszcze nic do jedzenia, choć już było po 14:00 i z lekka głód dawał o sobie znać – chcieliśmy zjeść coś na miejscu – w Sveti Nikola.
Skończyliśmy więc biesiadować i udaliśmy się już do naszego ośrodka, aby się przebrać i przygotować do rajzy.
Po 15:00 wystartowaliśmy. Do Sveti Nikola był faktycznie krótki rzut beretem – niespełna 20km…
Dojazd nad samą rzekę Bojana, odgraniczającą Czarnogórę od Albanii, był totalnie zakorkowany. Po ominięciu korka bokiem, okazało się, że na końcu stał radiowóz policyjny, który blokował przejazd do rzeki, by nie zrobił się nad samą rzeką samochodowy sajgon. Nam udało się uprosić o wpuszczenie, także chwilę później już parkowaliśmy motocykle kilkanaście metrów od rzeki.
Ironią losu było, że nagle się zupełnie wypogodziło. Jak długo chodziliśmy z buta po Ulcinj, było pochmurno i chłodno, a gdy tylko wbiliśmy się w stroje motocyklowe, słońce przygrzało tak, że wszyscy się rozpływaliśmy…
Około 16:00 weszliśmy sobie na most biegnący ponad rzeką i patrzyliśmy, jak ludzie oddawali się sportom wodnym – pływali na łódkach, skuterach wodnych i wpław… A my pociliśmy się w skórach ;].
I tu znowu z rozrywką przyszedł Gerard, który wypatrzył na wodzie przepływający pusty statek. Zamachał do jego kapitana, który po chwili przycumował do innego stojącego przy wybrzeżu statku. A my przechodząc przez jego pokład dostaliśmy się około na – już – „nasz” statek :). Nie ma to jak spontan!

Już na pokładzie.

Nasz szyper zabrał nas na wycieczkę w górę rzeki. Dopłynęliśmy do miejsca, w którym rzeka rozwidlała się w deltę i tam rzuciliśmy okiem na albańską granicę. A tam? Piękne, betonowe bunkry…

Welcome in Albania ;].
Delta rzeki z lotu ptaka. Pływaliśmy prawą jej odnogą.

Zawróciliśmy i popłynęliśmy w dół rzeki, w drogę powrotną. Minęliśmy jednak ku memu zaskoczeniu most, przy którym wycieczka się rozpoczęła i popłynęliśmy dalej. Wokół pływały różne inne nawodne cuda, czasem z całkiem ponętnymi pannami w bikini :). Było na co popatrzeć ;).
Dopłynęliśmy do samego ujścia rzeki i wypłynęliśmy na chwilę na wody Adriatyku. Solidnie nami pobujało na falach przyboju, co wzbudziło ogólną wesołość na pokładzie :). I tym już razem naprawdę popłynęliśmy w drogę powrotną. Przybiliśmy do tego samego statku, przez który dostaliśmy się na pokład naszego i – jak po pomoście – zeszliśmy na brzeg.
Widok albańskiej granicy nawrócił w ekipie pierwotny plan udania się z wizytą do tego dzikiego kraju. Mnie się ten pomysł zupełnie nie podobał. Byłem już cholernie głodny i jedyne co chciałem zrobić, to coś zjeść. A słońce nakręcało mnie na to, by wrócić do Ulcinj i wykąpać się w morzu… Było też moim zdaniem już za późno na wyprawę do Albanii.
W swoich odczuciach nie byłem osamotniony, więc w grupie powstał rozłam. Ja, Browar, Gosia, Prot, Oleśka i Manon postanowiliśmy wrócić do Ulcinj i wykąpać się w morzu, a reszta miała pojechać do Albanii.
Początkowo chcieliśmy jeszcze zjeść na miejscu, ale ceny i menu wypełnione wyłącznie rybami nas odrzuciły. Na głodniaka pojechaliśmy więc koło 17:00 do Ulcinj.
Dopiero pod ośrodkiem, gdy zaparkowałem motocykl, przypomniałem sobie, że nie mam klucza od pokoju. Miał go Marian… 😐 Czyli moja kąpiel w morzu – delikatnie mówiąc – przepadła. Mało tego – musiałem w tym upale dalej łazić w motocyklowej zbroi…
Gdy wszyscy (prócz mnie) się przebrali – udaliśmy się wreszcie na posiłek, do naszej knajpki „na rogu”. Zamówiliśmy sobie porządne mięcho na obiadek i szopską jako dodatek ;). No i oczywiście piwo, choć było też winko…
W tym miejscu trzeba zauważyć, że jedzenie w Czarnogórze jest nieziemsko pyszne. To co ci ludzie robią z mięsem, to się w głowie nie mieści. Każde zamówione danie mięsne było tak pyszne i ogromne, że u mnie w domu starczyłoby na trzy obiady ;). Po prostu niebo w gębie!
Miło nas też zaskoczył kolejny raz kelner w tej knajpce. Otóż sam z siebie w pewnym momencie postawił nam na własny rachunek drugą kolejkę piwa i butelkę wina… Szczerze mówiąc to takie coś jeszcze mi się nie zdarzyło… Chyba spodobały mu się sowite, wcześniejsze napiwki, które otrzymał za cierpliwość i życzliwość ;).
W międzyczasie – o ironio – zepsuła się pogoda. Nadciągnęły ciężkie chmury, zerwał się wiatr, pokropiło… Mimo to Gosia była nieugięta i chciała się wykąpać w morzu. Stwierdziła, że to głupota przyjechać nad morze i do niego nie wejść :). I choć Browar nie był zbyt szczęśliwy ze swojej obietnicy, że też wejdzie do wody – słowa dotrzymał.
Około 20:00 więc, w zapadających ciemnościach, Prot, Manon i ja patrzyliśmy na ten hardcorowy wyczyn, jakim było wejście w takich warunkach do zimnego Adriatyku… 🙂

Po kąpieli, przy której było oczywiście dużo śmiechu i zabawy, udaliśmy się do naszego ośrodka, by Gocha i Browar mogli się wysuszyć i przebrać. Na miejscu okazało się przy okazji, że mogłem już wejść do pokoju. A to za sprawą Wojtasika, który wrócił z kluczem z granicy albańskiej, przez którą nie został przepuszczony z racji braku zielonej karty… Tzn. miał, ale nieważną…
Wpakowałem się do pokoju, wziąłem szybki prysznic, przebrałem się w cywilne ciuchy i… znowu poszliśmy w miasto, do tej samej, „naszej” knajpki :).
Siedliśmy tam sobie znowu większą grupką na piwku. Wkrótce też rozpadało się dosyć konkretnie, a koło 22:00 przetoczyła się koło nas, wracająca z Albanii ekipa :). Na szybko, chaotycznie opowiedzieli nam, co im się tam przytrafiło, po czym pojechali pod ośrodek odstawić motocykle.
Ponieważ Gosia i Oleśka bardzo nalegały na to by zmienić lokal i udać się do pizzerii, opuściliśmy przed 23:00 naszą knajpę. Ja jednak nie czułem się na siłach dalej imprezować, więc odłączyłem się do grupy i wróciłem do pokoju. Może dwadzieścia minut później już twardo spałem.
Stan licznika po tym dniu: 19844km.