.: Moje przygody z motocyklami :.

Czarnogóra

Dzień 2 – 28 kwietnia 2007 r.

Wbrew pozorom wstaliśmy zadziwiająco wcześnie – już o 8:00. Mieliśmy tego dnia w końcu trochę dużo kilometrów do pokonania, więc wszelkie opóźnienia były niewskazane.
Szybko spakowałem graty do kufrów i polazłem założyć je na motóra. W tym czasie, w „parku maszyn” Browar już walczył z sakwami, Ilek z dolewaniem oleju do swojej TDMki a Wojtasik z alarmem, który mu uruchomiłem, siadając na V-Stroma ;).

Około 8:30 poszliśmy wszyscy na śniadanie. Było wliczone w cenę noclegu :). To również dawało nam dużą oszczędność czasu i zapowiadało, że bez niepotrzebnych postojów machniemy szmat drogi.

Po śniadanku – dopakowanie gratów, rozgrzewka silników, kurtki, kaski i około 9:30 wio! – na pierwszą stację benzynową.
Po napełnieniu zbiorników, wjechaliśmy na przejście graniczne w Chyżnem i polecieliśmy jak dzikie surykatki trasą E77 w stronę Dolnego Kubina.
Prowadził ekipę Wojtasik, więc nie można było się ociągać… Na zwykłej drodze prędkości oscylowały w zakresach 120-140km/h :D. Było więc dużo gwałtownego wyprzedzania, ostrych dohamowań, adrenalinki… Wyprzedzaliśmy bowiem nawet tam, gdzie się normalnie nie da – na prawych zakrętach, pod górki, podwójnych ciągłych, skrzyżowaniach… Parliśmy naprawdę hardcore’owo i nie było że boli :).
Postoje urządzaliśmy prawie wyłącznie na stacjach benzynowych, co 100-150km. Na tyle wystarczał bowiem mniej więcej Browarowi zbiornik paliwa :). Ja mogłem więc tankować co drugą stację…

Trasa, którą lecieliśmy była nam już znana. Lecieliśmy nią w podobnym składzie rok wcześniej wracając z Węgier :). Biegła ona w zasadzie cały czas drogą E77 – przez Bańską Bystrzycę w stronę Zvolen ku granicy węgierskiej.
Ok. 12:15 zatrzymaliśmy się na tankowanie. Po zalaniu zbiornika paliwem, znalazłem pod motocyklem dwie plamki oleju. Wyciek zlokalizowałem w okolicach zębatki zdawczej… A więc albo uszczelniacz zębatki, albo za mocno przesmarowany oliwiarką łańcuch :). Trochę się zaniepokoiłem, ale w końcu uznałem, że nie ma się co martwić na zapas. Miałem i tak przecież 3l oleju na dolewki, więc mogło sobie kapać :P.

Ponieważ żal mi było Gosi, która dosyć męczyła się na tylnym siedzeniu obładowanego FZXa (o samym FZXie nie wspominając), zaproponowałem jej na tej stacji, że mogę zabrać ją na plecy. Browar nie miał nic przeciwko, więc już po chwili Gosia siedziała na tylnym siedzeniu TDMki zamiast Browarowego plecaka :).
Do granicy węgierskiej w okolicach Sahy dotarliśmy niedługo później – ok. godziny 13:00. I po jej przekroczeniu dopiero zaczęła się jazda! Spadłem na sam koniec peletonu, więc wyprzedzając jako ostatni, zazwyczaj zostawałem mocno z tyłu. Nadganianie ekipy odbywało się więc praktycznie systemem zero-jedynkowym jeśli chodzi o obsługę manetki gazu… Momentami leciałem nawet 170km/h w pogoni za grupą, a gaz kręciłem nieustannie do oporu ;].
Wreszcie wpadliśmy do Budapesztu. Zaryzykowaliśmy przejazd przez jego centrum i o dziwo nawet wielkich korków nie było. Sprawnie przeciskając się, gdzie to było możliwe, nadspodziewanie szybko opuściliśmy stołeczne miasto i zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej przed autostradą M5, celem zakupu winiet i – of korz – paliwa. Ciekawe, że rok temu zakup winiet jakoś nam umknął ;).
Po ozdobieniu swoich motocykli naklejkami winiet, zainstalowaliśmy się na autostradzie i pognaliśmy dalej, w stronę Szeged. Prędkość podróżna ustaliła się na poziomie 160km/h – zupełnie wystarczającej i nie przesadzonej :). Ja jechałem z Gosią, a Browar dokazywał na nieco odciążonym FZXie. Pochwalił się potem, że rozpędził się na chwilę do 220km/h ;]. Że mu sakw nie pourywało, to aż dziw bierze ;).
Przed 16:00 zatrzymaliśmy się na chwilę na parkingu z kibelkami, by odsapnąć. Mieliśmy już przecież z 350km nawinięte od Jabłonki, a postojów zbyt wielu nie urządzaliśmy. Miło też było odpocząć od ryku autostradowego pędu powietrza w kasku…

Gdy ruszyliśmy w dalszą drogę, długo na autostradzie nie pogościliśmy. Wojtasik nagle w okolicach Kickemed zjechał na lokalne drogi, gdyż… skończyła mu się autostrada w GPSie! 😉 Co z tego, że po horyzont rozciągał się jej szeroki pas – GPS na pewno ma racje :P.
Jadąc zwykłymi, równoległymi do autostrady drogami, zaczęliśmy rozglądać się za restauracją. Od śniadania minęło już sporo czasu – trzeba było uzupełnić nadwątlone zapasy energii :). I właśnie tam o mało nie władowałem się Gerardowi w dupę… Zasuwaliśmy kolumną jakieś 120km/h, gdy nagle, posłusznie Wojtasikowi, wszyscy zaczęli gwałtownie hamować… Trochę za późno się zorientowałem, więc gdy zacząłem hamować, cały prawy pas przed sobą już miałem zaczopowany kilkoma motocyklami. Hamując dosyć ostro uciekłem na lewy pas i to wszystko ominąłem. Dobrze, że trzymałem się przy osi jezdni…
Okazało się, że Wojtasik wypatrzył restaurację po prawej stronie. Zjechaliśmy na jej parking i ktoś poszedł na przeszpiegi do lokalu. Niestety – kart nie przyjmowali, więc trzeba było szukać dalej…
W okolicach Kistelek wróciliśmy na autostradę. Zacząłem niepokoić się o stan mojego paliwa, gdyż z wolna zaczęła żarzyć się lampka rezerwy, a nikomu nie paliło się do tankowania. Od autostradowej szarży i obciążenia musiał powstać mi niemały wirek w baku!
Mimo sygnalizowania mojego problemu prowadzącym kolumnę, minęliśmy Szeged, pognaliśmy ku Subotnicy i na przejście graniczne w Horgos. Tam już wskazówka paliwomierza sięgnęła dna, ale silnik jeszcze pracował ;).
Po przekroczeniu trzeciej tego dnia granicy, znaleźliśmy się w Serbii i wreszcie, na najbliższej stacji, zatrzymaliśmy około 17:30 na tankowanie i żarełko :).
Okazało się, że w baku były jeszcze jakieś 2l paliwa, ale spalanie wyszło najwyższe, jakie do tej pory zanotowałem – 6,5l/100km. Co w sumie jest i tak rewelacyjnym wynikiem. Sevenka spaliłaby chyba więcej o ok. litr na setkę.
Po tankowaniu, zaparkowaliśmy sprzęty, zainstalowaliśmy się przy restauracyjnych stolikach na powietrzu i zamówiliśmy jedzenie. Podczas oczekiwania na nie, ustaliliśmy, że pojedziemy jeszcze do Nowego Sadu, zamiast spać w Subotnicy – jak to pierwotnie planowaliśmy. Czas był dobry, pogoda też, więc w zasadzie – czemu nie?

Gdy już wszyscy pojedli – ruszyliśmy w drogę. Gosia wróciła do Browara, a do mnie jego plecak :). I wio!
Wpadliśmy na serbską autostradę. Była po prostu zadziwiająca… W zasadzie miała tylko po jednym pasie ruchu dla każdego kierunku i szerokie pobocza. O pasie zieleni jakoś drogowcy zapomnieli. W gruncie rzeczy była to więc zwykła droga. No, prawie, gdyż nie miała ani kawałka zakrętu. Prosta jak w mordę strzelił, aż po horyzont… Lecieliśmy tą drogą z prędkościami ok. 150km/h, a mimo to nie miało się wrażenia, że kilometry uciekają. Nuda!
Ale był też chwilowy dreszczyk emocji. Nagle z tego autostradowego znudzenia i otępienia wyrwał mnie pojedynczy ryk syreny policyjnej. Rzut oka w lusterko i spostrzegłem już wyprzedzające mnie dwa nieoznakowane samochody, z których jeden na dachu miał policyjny kogut… Adrenalinka uderzyła w głowę, przytuliłem się do pobocza, przyhamowałem i czekałem co będzie dalej. Ale rozpędzone do (jak sądzę) blisko 200km/h radiowozy (?) poleciały dalej. Przez chwilę jeszcze strach, że zatrzymają prowadzącego nas obecnie Gerarda, ale i to nie nastąpiło… Ciekawe, gdzie też tak ci tajniacy się spieszyli?
Wreszcie koniec autostrady. A tam przywitały nas bramki i opłata za przejazd. Miodzio. Ale w sumie jechało się fajnie i szybko – a w końcu nic za darmo…
Dalsza droga, już z trochę gorszym asfaltem, doprowadziła nas ok. 20:00 do Nowego Sadu. Wpakowaliśmy się tam w samo centrum i zaczęliśmy rozglądać za noclegiem.
Najpierw zahaczyliśmy jakiegoś miejscowego motocyklistę, aby pokazał nam jakieś miejsce na nocleg. Ale ten podprowadził nas po jakiś luksusowy, drogi hotel, więc trzeba było szukać dalej. I tak jeżdżąc po centrum, zauważyliśmy pod jedną knajpą kilka motocykli BMW. Bez namysłu Wojtasik zjechał tam, by zasięgnąć ponownie języka.
Serbscy motocykliści bardzo przyjaźnie się do nas odnieśli, jednak gdy dowiedzieli się, że zmierzamy do Czarnogóry, chęć pomocy im odeszła i wrócili do stolików. Tylko jeden się zreflektował w imię motocyklowego braterstwa i przez komórkę próbował coś dla nas zorganizować.
Wreszcie uznaliśmy, że trzeba liczyć na siebie. Postanowiliśmy pojechać rzucić okiem na fortecę Petrovaradin, leżącą w centrum nad samym Dunajem. Mieliśmy bowiem informację, że tam również można spędzić nocleg.

Forteca Petrovaradin. Był zmierzch, więc nasze fotki wyszły beznadziejnie. Tę znalazłem w necie.

Wpadliśmy na teren fortecy i rozjechaliśmy się we wszystkich kierunkach :). Ja podjechałem z kilkoma jeszcze motocyklami po szutrze na jedno wzniesienie, skąd rozpościerał się piękny widok na Dunaj.

Ponieważ jednak nic więcej tam nie było, zjechałem na dół i ze zbierającą się z powrotem grupą wjechałem wąskim tunelem za mury fortecy na dziedziniec.
Było tam sporo samochodów i ludzi oraz Ładne widoczki, których zapadający zmrok nie pozwolił nam zbytnio uwiecznić. Noclegów jednak nie znaleźliśmy.

„Widoki” z murów fortecy 😉

W tym układzie zdecydowaliśmy się wrócić na przedmieścia Nowego Sadu, gdzie przy głównej drodze widzieliśmy już wcześniej jeden ośrodek z wolnymi pokojami.
Wyjeżdżając z miasta natknęliśmy się na „konkurującą” z nami drugą grupę forumowiczów jadącą do Czarnogóry, kierowaną przez Drogowca. Zamieniliśmy ze sobą kilka słów, jednak szybko polecieliśmy dalej – w obawie, że nasz upatrzony motel zostanie zapełniony nim tam wrócimy :).
Już tu, w Nowym Sadzie, czuło się biedę Serbii. Biegające po ulicach niechlujnie ubrane dzieci, dla których byliśmy niesamowitą atrakcją, rozklekotane stare samochody gubiące wszędzie olej, kiepskie drogi… Trochę mi to przypominało obraz Polski sprzed przynajmniej 20 lat wstecz, choć to na pewno złe porównanie…
Inna sprawa, że Serbowie bardzo entuzjastycznie reagowali na naszą obecność. Na drodze pozdrawiali nas światłami (co bardzo długo braliśmy za ostrzeżenia przed Policją!), trąbili, machali, krzyczeli… To było dla mnie coś zupełnie nowego i naprawdę… przyjemnego :).
Wreszcie ok. 21:00 znaleźliśmy się pod motelem. Gerard załatwił formalności, po czym zabraliśmy się za rozładowanie i chowanie motocykli. Udostępniono nam w tym celu dosyć ciasny i zagracony garaż, w którym po małych porządkach, z trudem zmieściła się większość motocykli.

Na zewnątrz, przed drzwiami garażu, został tylko V-Strom Pietry, który swoim alarmem dałby nam w nocy znać, gdyby coś złego się działo.
Pokój dzieliłem z Gosią, Browarem, Pietrą i Złotą. Pietra i Złota dostali dwa łóżka, Browar z Gosią jedno, a ja glebnąłem się na kocach na ziemi. Wersja studencka, po kosztach, jako załącznik w pokoju :P. W sumie i tak miejsc wolnych było za mało w motelu…
W pokoju walnąłem na raz browarek (jeszcze z polski – suszyło mnie jak diabli!), wziąłem szybki prysznic, bo spocony byłem jak szczur, wbiłem się w cywilne ciuchy i po 22:00 poszedłem na dół, gdzie już imprezowała ekipa :). Zamówiłem sobie piwo i w doskonałym humorze – odpoczywałem.

Na kolacje na stole wylądowały sałatki szopskie, co zapoczątkowało istną plagę tego wyjazdu. Przez całą resztę wyprawy sałatka szopska nie wychodziła z jadłospisu niemal KAŻDEGO posiłku :D. Ja byłem tego wieczora jeszcze nażarty obiadem, który zjadłem przecież ledwie 4 godziny wcześniej, więc nic nie zamawiałem :). A poza tym – tak było taniej :P.
Zmęczenie drogą i krótki sen ostatniej nocy dały mi się dosyć szybko we znaki. Po 23:00 odpadłem więc razem z Gochą i Browarem spać.
Tego dnia padły 632km. Licznik w motocyklu zatrzymał się na przebiegu 19110km.

Pokonana trasa.