.: Moje przygody z motocyklami :.

Anglia

Dni 34 i 35 – 28 i 29.07.2006 r.

No i wreszcie coś zaczęło się znowu dziać. Jazda… Londyn… I Qzyn, którego nie widziałem ładnych parę lat… Ale jedźmy po kolei :).
Początek dnia i praca biegły swoim zwykłym, piątkowym trybem.
Po powrocie z roboty czym prędzej wrzuciliśmy w siebie jakiś obiad, spakowaliśmy graty na motocykle i po 17:30 ruszyliśmy jeszcze zatankować. Po wizycie na stacji jazda do… domu ;]. Kaja musiała coś jeszcze załatwić.
Około 18:00 wjechaliśmy na autostradę i pognaliśmy w stronę Londynu…
Ruch był niesamowicie duży. Wszystkie trzy pasy ruchu zapchane, a towarzystwo turlało się z prędkościami 90-110km/h… Początkowo jechaliśmy grzecznie, jednak prędkość podróżna szybko zaczęła nas irytować. Zaczęliśmy się więc pchać jak dzikie świnie…
To było czyste szaleństwo :). Czułem się jak w jakimś Quake’u, czy Unreal’u :). Korzystaliśmy ze wszystkich pasów ruchu i z każdej dziury, żeby się przepchać. Prędkości podróżne sięgały 130-140km/h, w porywach do 150km/h :). Czasami, gdy pas najszybszy był zapchany, a (o dziwo najmniej obciążony) najwolniejszy pusty – robiło się manewr wyprzedzania przez wszystkie trzy pasy ;). Naprawdę, to była mega hardcore’owa jazda…
Około godziny 20:00 zrobiliśmy sobie dłuższy postój na zjedzenie czegoś, kawę, kibelek i odpoczynek dla tyłków.

Tak nam się miło siedziało, że przegoniliśmy tam blisko godzinę. Ale przecież Qzyn na nas czekał, więc trzeba było jechać dalej…
Tym razem Kaja wsiadła na moje plecy, gdyż chyba Sevenka jest jednak ciut przyjaźniejsza dla pasażera od Virówki :). Przed ruszeniem Kudża zaproponował już spokojniejszą jazdę – w granicach 120km/h :). Oczywiście zgodziłem się…
Po zjeździe ze ślimaka jednak jakoś dziwnie Jacek zaczął mi znikać za horyzontem ;). Odkręciłem bardziej, doszedłem go i co? Na liczniku 170km/h!! Ładna mi, spokojniejsza jazda!! Aż od pędu powietrza rozpięła mi się kamizelka odblaskowa i Kaja podczas jazdy musiała siłować się z jej zapięciem :).
Tym razem już poszło bez dłuższych przerw. Kaja stwierdziła na krótkim postoju, że nie spodziewała się, iż jazda motocyklem może być wygodna :). I naprawdę nie dziwię się – „plecaczkowanie” na Virówce to naprawdę hardcore’owe doświadczenie.
O 22:40 już byliśmy w centrum Londynu, w dzielnicy Ealing.

Gdzie my to jesteśmy?

W te okolice poprowadził mnie smutasami Qzyn. Dojazd nie był trudny – Ealing zaczynał się praktycznie zaraz z końcem autostrady, którą przyjechaliśmy.

Trasa, którą pokonaliśmy tego dnia.

Zatrzymaliśmy się na pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Zadzwoniłem do Barta i po krótkich konsultacjach okazało się, że jesteśmy praktycznie rzut beretem od jego mieszkania :). Podjechaliśmy więc ten kawałek w ustalone miejsce i już po chwili Qzyn po nas wyszedł :).
Nooo, to było spotkanie! Nie widzieliśmy się serio niezłą kupę czasu, więc naprawdę z wielką przyjemnością uścisnąłem Bartka dłoń…
Niedługo później, już rozpakowywaliśmy nasze graty przed kamienicą, w której mieszkał Bart. Zabezpieczyliśmy nasze motocykle, zapinając je wszystkimi posiadanymi łańcuchami i weszliśmy do mieszkania.
Muszę przyznać, iż Qzyn bardzo mnie zaskoczył. Przygotował dla nas naprawdę rewelacyjne warunki i przyjął nas bardzo gościnnie. W najlepszych wyobrażeniach nie mogłem przypuszczać, że dostaniemy osobne pokoje do przenocowania! Jacek z Kają dostali duży pokój tylko dla siebie, z dużym łóżkiem, a ja wprowadziłem się zaraz obok, do nieco mniejszego pokoju z wygodną wersalką :). Ponadto zaraz zostaliśmy poczęstowani wręcz wypasionymi kanapkami, które miały dosłownie wszystko – ser, wędlinę, pomidory, ogórki itd, itp :). Co lepsze – pieczywo pochodziło z polskiego sklepu. Wreszcie nie jakieś badziewne tosty, tylko przepyszny, polski chleb! 🙂
Narodowych akcentów było jednak więcej. Po szybkiej herbatce Bart wyciągnął polskie piwo – Tyskie, Lecha i Żubra :). No po prostu bajka! Dzięki Bart!! 🙂
Rozmowy zaczęły się kulać na całego, a czas płynął niemożliwie szybko. Jacek, Bart i jego współlokator Konrad sączyli poza piwkiem drinki ze Szkocką (lub Whiskaczem, nie dam głowy), a ja byłem wystarczająco szczęśliwy z butelką Lecha :). Pokazałem też Bartowi przy okazji fotki z naszej podróży do Anglii i z wypadu do Szkocji.
Około godziny 2:00 w nocy stwierdziłem, że trzeba iść spać. W końcu w planie mieliśmy z samego rana pojechać nad Stonehenge, więc trzeba było wypocząć.
Kaja położyła się spać, Jacek zabunkrował się w łazience, a ja w swoim pokoju. Wpadł do mnie jeszcze Bart i po chwilowej rozmowie stwierdziliśmy, że musimy sobie walnąć wspólnie symbolicznego kielona na spotkanie po latach :). Zaraz znalazła się flaszka 0,7 Bolsa, kieliszki… Konrad dołączył, Kudża zmaterializował się z łazienki i… tyle ze spania.

Butelka poszła ;). Impreza zakończyła się grubo po 4:00 nad ranem…
Rano wstałem około 9:30 i zgodnie z planem zacząłem przygotowywać się do rajzy nad Stonehenge. Ale niestety okazało się, że Jacek nie jest w stanie nigdzie daleko jechać… Był zbyt skacowany…
Doszło przez to między nami niestety do spięcia :|. W rezultacie postanowiliśmy się rozdzielić – Jacek z Kają pojechali do centrum Londynu, a ja tuż przed 12:00 pożegnałem się z Bartem i wyruszyłem w stronę Stonehenge…

Przez to wszystko nie mam więcej zdjęć…

Wszystkie plany nam się niestety przez tą głupią flaszkę Bolsa sypnęły, bowiem Jacek skłócony ze mną, nie chciał więcej siedzieć Bartowi na głowie, a mnie, mimo wszystko byłoby głupio samemu kontynuować całość wycieczki według planu, jakby nic się nie wydarzyło. Wiedziałem bowiem, że Jacek z Kają, nie mając noclegu, wrócą do Manchesteru jeszcze tego samego dnia.
Gdy wyjeżdżałem z Londynu, na licznik Sevenki weszło mi 70kkm :). Taki mały jubileusz trafił w całkiem konkretnym miejscu :). Szkoda tylko, że w ogroooomnych korkach!
Dojazd nad Stonehenge z Londynu był w miarę szybki i łatwy. W zasadzie bez błądzenia dojechałem na miejsce. Ostatni odcinek jedynie był cholernie zakorkowany i trochę zrąbała się pogoda – zaczęło lekko padać…
W pewnym momencie, już z daleka, z drogi – zobaczyłem Stonehenge. I właśnie wówczas zrobiło ono na mnie największe wrażenie – z dużego dystansu. Stało na pustkowiu, dumnie, majestatycznie. Właśnie z tak dużej odległości dopiero czuło się, że jest to autentyczny, starożytny monument… Z bliska już takiego wrażenia to na mnie nie zrobiło…
Około 14:00 podjechałem na parking i nie wiedząc jeszcze za bardzo o co tam kaman, przelazłem z buta na drugą stronę drogi, którą przyjechałem i podszedłem pod płot odgradzający pole, na którym stał monument… Ale przecież ludzie jakoś tam za te ogrodzenie włazili!
Dopiero po chwili zauważyłem podziemne przejście, biegnące pod drogą, którą chwilę wcześniej przekroczyłem. Po sznurku do kłębka – zaszedłem pod kasy, przy których schudłem o 4,5 funta. Ale dzięki temu mogłem sforsować ów płot ;).

Tablica przy wejściu.

Hmm… Po przejściu tunelem pod samo Stonehenge w zasadzie widziałem tyle samo co zza ogrodzenia. Tzn. mogłem obejść sobie monument wokół, ale tylko łażąc po deptaku, odgrodzonym (znowu) sznurkami, za które nie można było wejść… Odległość niewiele mniejsza od tej zza płota ;].
Ludzi multum. Naprawdę cała wyprawa krzyżowa. No i wszyscy karnie maszerowali wokół zabytku…

To co mnie naprawdę w tym wszystkim urzekło, to sceneria :P. Stonehenge stoi na pustym wydmuchowisku. Jedyne co faktycznie tam jest, to dosyć oddalony od monumentu parking i wspomniana droga, a daleko gdzieś w tle lasy. Poza tym – sama trawa, ogromne połacie łąk. I nad tym wszystkim wisiały ciężkie, nisko zawieszone, bure chmurzyska. Całe niebo było nimi pokryte, bez okien i niebieskich, gołych przestrzeni. Przy odrobinie wysiłku, wyłączając się ze stada turystów, wrażenie było niesamowite. Groźne niebo, pusta, ogromna przestrzeń, po której hulały porywy wiatru, a na samym środku ty i monumentalna, starożytna budowla… Niesamowite odczucie!

Pocykałem parę fotek, obszedłem Stonehenge wokół z całą bandą i… wróciłem na parking. Cała zabawa trwała wszystkiego góra 30 minut…
Postanowiłem wracać do Manchesteru, omijając Londyn. Posadziłem tyłek na motocykl i pojechałem… Trzasnąłem jedynie jeszcze dwie fotki motóra na tle kamieni Stonehenge…

Poleciałem drogami lokalnymi w stronę Gloucester, gdzie był wjazd na autostradę M5. Trasa była bardzo przyjemna – zwykłe drogi, czasem dwupasmówki. Nie padało, ale też nie grzało. Pogoda super do jazdy :).
Po władowaniu się na autostradę było już szybko i nudno – zwyczajowo. Śmigałem sobie cały czas 150-160km/h, zatrzymując się co przeszło 100km.
Pod Birmingham, na stacji benzynowej, jedna niewiasta z obsługi przemówiła do mnie po polsku :). Całkiem ładna była :). Zaskoczenie jednak spowodowało, że za bardzo nie zdobyłem się na konstruktywną wymianę zdań :P.
Do Manchesteru dotarłem jakoś około 19:00. Jak zwykle pobłądziłem trochę, ale tym razem bez pytania o drogę dałem radę odnaleźć naszą Hope Street :).

Tak wyglądała wyprawa nad Stonehenge.

W domu echo. Nie było nikogo. Wziąłem więc tylko prysznic, zjadłem coś i szybko zasnąłem.
Licznik wskazał przebieg 70476km. Czyli pokonałem 856km w dwa dni. Moto jak zwykle uradziło bez zająknięcia. Kochana bestia…