.: Moje przygody z motocyklami :.

Anglia

Dzień 3 – 26.06.2006 r.

Pierwszą rzeczą, jaką musieliśmy zrobić po przyjeździe, było dostanie się do domu :). Wszyscy pracowali, więc chata stała pusta, a my przecież bez kluczy… Kudża wysłał smutasa do swojej dziewczyny – Kai, żeby podała nam adres miejsca, w którym pracuje. Ale, że najprawdopodobniej nie mogła w pracy korzystać z komórki, nie odpisała. Jacek zadzwonił więc do innego naszego (już) współlokatora – Kamila, który pracował w fabryce gumy – miejscu znanym Jackowi sprzed roku. Okazało się, że Kamil akurat miał przerwę, więc mogliśmy podjechać.
Gdy już klucze były, rozpakowaliśmy nasze graty, wrzuciliśmy je do mieszkania, motocykle zabezpieczyliśmy przed domem i wreszcie mogliśmy iść się zdrzemnąć. Ja przedtem wziąłem sobie kąpiel, ale zaraz potem zjechałem na sofie w pokoju gościnnym :).

Nasz living room :).

Około 16:00 zaczęła się schodzić ekipa do mieszkania. Kaja z Weroniką przygotowały dla nas obiadek, a później zrobiliśmy sobie po małych zakupach w supermarkecie ASDA wieczorek zapoznawczy :). Padło 0,7l ;).
Mieszkanie było całkiem przestronne. Duża kuchnia i pokój gościnny na dole, plus mały pokoik, który zajmował Kamil z Weroniką (swoją kuzynką). Na piętrze był pokój Kai i Jacka, duża łazienka i drugi pokój, zajmowany wówczas przez dwóch Anglików – Miguela i Rachel. Na drugim piętrze był pokój Allana, a od tego dnia – również mój ;).

Moje łóżko i mój chlew ;).

Z kuchni było wyjście do niewielkich rozmiarów „ogródka”. Był on prawie cały wylany betonem – znajdował się tam jedynie mały skrawek odkrytego, jałowego gruntu. Tym ogródkiem przechodziło się do naszej pralni i do wspólnego dla wszystkich domów na ulicy, ciasnego jak cholera przejścia „dla śmietników”. Tym przejściem raz w tygodniu wystawiało się śmietniki na ulicę, celem of korz opróżnienia :).
Piszę o tym wszystkim, ponieważ na pierwszą noc postanowiliśmy wstawić motocykle właśnie w to wąskie przejście – na ulicy trzymać ich nie chcieliśmy. Uznaliśmy, że furtka do naszego ogródka jest za ciasna, by wprowadzić tam sprzęty…

Przejście dla śmietników. Kudża wprowadza śmietnik :P.

Dzień 4 – 27.06.2006 r.

Rano dnia następnego, gdy cała ekipa wyszła do pracy, podniosłem się, zjadłem coś i około 9:00 obudziłem Jacka. Trzeba było przecież wreszcie zabrać się za poszukiwanie pracy! 😉
Gdy Jacek wstawał, do drzwi zapukał sąsiad. Otwarłem mu i na dzień dobry zostałem objechany za to, że zatarasowaliśmy przejście dla śmietników motocyklami :). Koleś nie mógł wystawić kubła na ulicę, a był to akurat dzień, w którym śmigała śmieciarka.

Widok na naszą ulicę – Hope Street.

Szybko z Jackiem wystawiliśmy motocykle na ulicę, a gdy Kudża się ogarnął i pojadł – wskoczyliśmy na bryki i pognaliśmy do dzielnicy Hyde, do agencji pracy KPJ, przez którą rok temu Jacek był zatrudniony i znał dobrze tamtejszą szefową – Jacky.
Podjechaliśmy pod agencję, zaparkowaliśmy sprzęty na drodze i weszliśmy do środka.
Jacky bardzo ucieszyła się na widok Jacka. Chwilę pogadaliśmy o naszej podróży, po czym dowiedzieliśmy się, że praca dla nas jest, ale jakieś 18km od naszego Dukinfield – w New Mills. Nie było się jednak co zastanawiać i od razu przystaliśmy na tę propozycję. Zmotoryzowani byliśmy, więc dało się wyżyć z dojazdami do pracy. Jacky powiedziała, że o godzinie 11:00 pojedziemy do New Mills zobaczyć naszą przyszłą fabrykę i załatwić formalności. Super!
Poszliśmy się przejść, bo czasu mieliśmy jeszcze trochę. Przy motocyklach jednak zonk – dostaliśmy mandaty za parkowanie! 😉 Kurde, pierwsze nasze parkowanie w Anglii i już mandat! I to na 60 funtów! Masakra… Ale jakoś nie przejęliśmy się tym zbytnio, gdyż w zasadzie nikt nic o nas w Anglii nie wiedział. Nie było bata, żeby nas jakoś namierzyli i zmusili do zapłaty :).
Po tej 11:00 pojechaliśmy samochodem Jacky do New Mills. Tam zlokalizowana jest fabryka drewnianych drzwi i okien STP Procesing Group. No i my mieliśmy tam zostać operatorami produkcji 😉 – czyli po prostu mieliśmy zbijać te drzwi. Jak dla mnie – wypas!
Po powrocie do domu umyliśmy z Kudżą swoje motocykle po europejskiej rajzie i zaczęliśmy kombinować, gdzie by tu je trzymać. Postanowiliśmy jednak spróbować wpasować je do ogródka naszego domu. Wprowadziliśmy moją brykę na pierwszy ogień w przejście dla śmietników i potem, wjeżdżając tyłem przez ciasną furtkę i nadrzucając co chwilę tył motocykla, z trudem jakoś go upchnęliśmy w ogródku :). Ale było tak ciasno, że musiałem złożyć lusterka, żeby moto weszło… Z Virówką było już mniej kłopotu, bo już wiedzieliśmy jak należy walczyć…

Motocykle już wstawione, przykryte i bezpieczne :). Widoczna furtka do „przejścia dla śmietników”.

Najgorsze jednak było to, że operację powyższą musieliśmy przeprowadzać niemal każdego dnia…


Dzień 5 – 28.06.2006 r.

Następnego dnia od samego rana trwała akcja odnalezienia drogi do New Mills. Jak pisałem było to około 18km po krętej, miejskiej, a później pagórkowatej 😉 drodze. Jechaliśmy tam tylko raz z Jacky i nie bardzo pamiętaliśmy trasę. A od dnia następnego mieliśmy przecież zacząć już pracę, więc wypadało wiedzieć, jak tam trafić. Kupiliśmy sobie w tym celu mapę Manchesteru i z jej pomocą, po małym błądzeniu udało nam się znaleźć najkrótsze połączenie między Dukinfield a New Mills.
Trasa była niesamowita. Początkowo biegła przez przedmieścia Manchesteru, przez dzielnicę Hyde, a potem uciekała stromą dziurawą drogą na wzgórze, z którego doskonale widoczna była panorama Manchesteru. Przy dobrej pogodzie wyglądało to niesamowicie… Potem trasa zaczynała być kręta i bardzo stroma – podjazdy i zjazdy do 20% nachylenia! Na to wszystko dochodził fakt, że praktycznie cała trasa była typowo angielska – wąska jak cholera, z murkami kamiennymi po każdej stronie drogi :). Masakra! Wszystko to miało jednak swój niepowtarzalny urok i do samego końca pobytu nie przeszkadzał nam fakt, że musieliśmy do pracy dojeżdżać…

Gdzieś na trasie do pracy…

Po odnalezieniu fabryki i w New Mills, wróciliśmy powoli do domu, zapamiętując trasę w drugą stronę. Po południu jednak, jak już Kaja wróciła do domu, po obiedzie postanowiliśmy pojechać do New Mills jeszcze raz we trójkę. Tym razem bez błądzenia i postojów, tak, żeby sprawdzić ile czasu potrzeba na dojazd. Dzięki temu mogliśmy ustalić odpowiednio wczesną pobudkę do pracy :).

Nasza codzienna trasa do pracy.

Pogoda zrobiła się piękna, więc i widoczność się poprawiła. Mogliśmy pierwszy raz zobaczyć naprawdę dokładnie, po jak ślicznych okolicach jeździliśmy. Także przy okazji, jak już wracaliśmy, porobiliśmy sobie kilka fotek :).

Panorama Manchesteru na trasie do New Mills.

Na tym już w zasadzie dzień się skończył. Dalej czekały nas już typowe dni świstaka ;).
Przez te trzy dni licznik motocykla podkręciłem do 67396km.