.: Moje przygody z motocyklami :.

Anglia

Dni od 66 do 68 – 29.08.2006 r. – 31.08.2006 r.

No i ostatnie trzy dni pracy!
W zasadzie wtorek jeszcze nijak nie zapowiadał nadchodzącego końca wyprawy. Pracowaliśmy jak zwykle, od rana z pełnymi nadgodzinami do 17:30.

Nasze typowe popołudnie.

Jedna rzecz, która nas strasznie przygnębiała to pogoda. W zasadzie dzień, w który objeździłem motocykl, był ostatnim słonecznym. Od tego czasu praktycznie cały czas padało. Co prawda niezłą pogodę mieliśmy w Old Trafford, ale parę razy w ciągu tamtego dnia też rzucało żabami… Perspektywa była więc nieciekawa i Jacek coraz poważniej rozważał zakup kombinezonu przeciwdeszczowego. Problemem była jego cena – kosztował pieprzone 40 funtów :|. W Polsce dało by się jakiś szajs za 50zł kupić…

Środa już z wolna zaczęła być nerwowa. Musieliśmy zrezygnować z nadgodzin, żeby skoczyć do agencji pracy. Musieliśmy zostawić tam nasze polskie adresy, żeby wyciąg ostatniej wypłaty razem z dokumentami potrzebnymi do rozliczenia, przyszły nam już do Polski. W Anglii bowiem wypłatę dostaje się z tygodniowym opóźnieniem, w każdy piątek. W dzień naszego planowego wyjazdu mieliśmy dostać wypłatę z poprzedniego tygodnia pracy, a w następny piątek, gdy już mieliśmy być w Polsce, dopiero miała zejść ostatnia wypłata z tych ostatnich trzech dni pracy… I o to trzeba było się zatroszczyć :).
Po załatwieniu tej sprawy pojechaliśmy jeszcze do Pakistana (jak nazywaliśmy sklepy prowadzone przez Pakistańskich właścicieli), aby zakupić trochę polskich piw. Uznaliśmy, że warto będzie poczęstować czymś naszych kolegów z pracy w ostatni dzień, a polskie piwo uznaliśmy za najlepszy pomysł :).

Dukinfield Town Hall.

No i nastał ostatni dzień. W pracy wiele osób mówiło nam, że będzie nas w fabryce brakować. Miło z ich strony :).
Na ostatniej przerwie przyniosłem z bagażnika samochodu plecak z piwkami i po chwili, razem z Kudżą rozdzieliliśmy 12 Tyskich pośród najżyczliwszych nam osób. Byli miło zaskoczeni i wielu nie mogło się doczekać zakosztowania polskiego browara :).
Potem, o 16:00 pożegnaliśmy się z wszystkimi i po prostu opuściliśmy ostatni raz naszą fabrykę…
Najpierw pojechaliśmy do sklepu motocyklowego, gdzie Kudża kupił ten kombik przeciwdeszczowy. Pogoda ciągle nie nastrajała nas optymistycznie, a niektóre ulewy wręcz nas przerażały. Ale co zrobić…
Potem podrzuciłem Jacka do domu i odwiozłem samochód do wypożyczalni. Fajnie się złożyło, że ubezpieczalnia opłaciła mi go akurat do tego czwartku :). Nie musieliśmy w tych deszczach śmigać do pracy na moto :).
Po powrocie do domu zaczęło się wielkie pakowanie. Nie było z tym praktycznie żadnego problemu, bowiem bagaż był lżejszy o całe żarcie, które do Anglii przywieźliśmy. Akcja poszła więc całkiem sprawnie.
Później już tylko kąpiel, kolacja, piwko, modły o dobrą pogodę i ostatni raz na Hope Street poszliśmy spać.