.: Moje przygody z motocyklami :.

Alpy

Dzień 7 – 10 września 2009 r.

Pierwszy i jedyny dzień bez motocykla z całego wyjazdu :).
Pobudka – 8:00. Niewątpliwie zjedliśmy śniadanie i ok. 9:00 opuściliśmy nasz ośrodek, by z buta udać się na stację kolejową.

Na miejscu przeżyliśmy mały szok. Bilet w dwie strony do Zermatt z St.Niklaus kosztował 46 franków! Przeliczając przez kurs wychodziło ok. 135zł… Grubo!
No, ale trzeba jechać. W pociągu było dosyć ciasno, ale kulaliśmy się wszystkiego może 20 minut, więc dało się przeżyć.
Osiągnęliśmy Zermatt. Najdalszy punkt naszej wyprawy i – jak się szybko przekonaliśmy – najdroższy ;).
Samo miasteczko interesowało nas średnio, choć niesamowity był tam brak ruchu pojazdów z silnikami spalinowymi. Wszystko co tam śmigało, było na prąd. Taksówki, bagażówki, pojazdy komunikacji publicznej… Trzeba było uważać, żeby nie dać się rozjechać, bo skubaństwa jeździły naprawdę cicho! Zabudowa typowa dla Szwajcarii, z czego najciekawsze był stare drewniane chaty, które zawsze stały na 4, 6 lub 9 palach drewnianych, pod którymi znajdowały się sporej wielkości, okrągłe, kamienne placki. Ciekawie to wyglądało :).

Największym zainteresowaniem cieszył się szczyt Matterhorn. To on był ciągle w ogniskowych naszych obiektywów, a nasz kierunek wędrówki po Zermatt zmierzał ku „centrum” kolejek linowych, z których zamierzaliśmy skorzystać.

Gdy dotarliśmy do kas biletowych, mieliśmy do wyboru trzy lub cztery (już nie pamiętam) warianty wycieczki kolejkami linowymi. Poszliśmy grubo – wybraliśmy najdroższą opcję ;). Raz się żyje!
Trasa nasza prowadziła na szczyt Klein Matterhorn o wysokości 3883 m.n.p.m :). Prowadziły tam trzy osobne kolejki, więc czekały nas dwie przesiadki. W cenie był też wstęp do Pałacu Lodowcowego, dzięki czemu ta opcja wycieczki nosiła dumną nazwę „Matterhorn Glacier Paradise”. Bilet kosztował 90 franków, czyli „jedyne” 270zł :].
Z nieco lżejszymi portfelami wsiedliśmy do pierwszej kolejki linowej. Miała zamknięte, czteroosobowe, gęsto podwieszone na linie wagoniki. I sru! Wjechaliśmy na pierwszą stację przesiadkową.

Już tu towarzyszyły nam niesamowite widoki. Królował nad wszystkim, produkujący nieustannie smugę chmur, szczyt Matterhorn. Nie szczędziliśmy baterii w aparatach, choć mieliśmy świadomość, że na samej górze dopiero będzie czym się zachwycać…
Z miejsca pobiegliśmy na drugą kolejkę. Na tę już przyszło nam chwilę poczekać – tutaj już kursowały tylko dwa wagoniki – jeden jechał w dół, a drugi do góry.
Druga stacja przesiadkowa – na szczycie Trockener Steg o wysokości 2939 m.n.p.m – już była najwyższym punktem, jaki odwiedziłem w życiu. A przecież była jeszcze trzecia kolejka przed nami ;).
Ta ostatnia była już naprawdę niesamowita. Biegła nad potężnym jęzorem lodowca, a ostatnie metry wspinała się pod ogromnym kątem – niemal jak winda szła w górę, mając przed frontową szybą stromą skalną ścianę. Wrażenia zaiste fantastyczne – jak przystało na najwyższą europejską kolejkę linową.

Z trzeciej stacji przesiadkowej jeszcze trzeba było przejść parę metrów z buta po stalowych schodach na szczytową platformę. Znajduje się ona na wysokości 3883 m.n.p.m. A widoki ze szczytu są po prostu porażająco piękne…

Szczęście, trzeba w tym miejscu przyznać, sprzyjało nam niesamowicie – połowa września, wysokość niemal 4 kilometrów nad poziomem morza i… bezchmurne niebo, temperatura rzędu 1 stopnia, praktycznie bezwietrznie…

Żyć nie umierać! Widać było w oddali nawet najwyższy szczyt Europy – Mount Blanc.

To była wisienka na torcie całej naszej alpejskiej wyprawy. I przyznać muszę, że zazdrościłem ludziom, którzy z kolejki wędrowali dalej, na okoliczne szczyty. Najbliższy nam – Breithorn o wysokości 4164 m.n.p.m zdawał się być na wyciągnięcie ręki, a podejście wyglądało na niezbyt skomplikowane dla takiego laika jak ja. Na szczycie widoczne były też z naszego punktu obserwacyjnego malusieńkie kreseczki – byli to ludzie, którzy szczyt ten właśnie zdobywali. Gdybym miał więcej czasu i jakieś stosowne wyposażenie, to chętnie bym się tam przespacerował – dla odmiany ;). Cóż, może kiedyś…

Kiedy już nacieszyliśmy się widokami, zeszliśmy schodami z platformy i wsiedliśmy do windy, którą zjechaliśmy kilkanaście metrów w dół, prosto przed wejście do Pałacu Lodowcowego. Prowadził do niego długi tunel wykuty w lodowcu. No cóż, wewnątrz lodowca jeszcze nigdy nie byłem, więc wrażenie było niesamowite :).

Tunel doprowadził nas do komory wykutej w lodzie, gdzie można było znaleźć trochę różnych ciekawostek.

Rzeźby lodowe, drewniane beczki (ponoć z winem, czy po winie), prawdziwe, naturalne szczeliny i jaskinie lodowcowe oraz małą lupę, pod którą można było zobaczyć zamrożone w lodzie… pchły lodowcowe :). Nawet tam skubane potrafią żyć…

Gdy wydostaliśmy się już z lodowca, jedynym niezbadanym jeszcze obiektem okazał się sklep z pamiątkami :]. Wleźliśmy więc do środka, jednak jakoś tak… nie mieli nam jak wydać reszty, więc nic nie kupiliśmy ;).
Nie pozostało nic innego, jak wsiąść do wagonika i zjechać na dół. Głodni już byliśmy solidnie, więc ciągnęło nas ku knajpom w Zermatt.

Podczas zjazdu czułem się przez moment, jakby ktoś w kolejce zaczął rodzić. Jak się jakieś Japońce rozszczekały, to trajlowali jeden przez drugiego jak karabin maszynowy, szumu robiąc za cały stadion piłkarski. Ja rozumiem, że krajobraz za szybą był nieziemsko piękny, ale bez przesady! 😛

Na stacji pośredniej tym razem spędziliśmy trochę więcej czasu – obeszliśmy budynek stacji z każdej strony i naprodukowaliśmy kolejne kilogramy zdjęć :).

A potem już był mało emocjonujący zjazd – drugą i trzecią kolejką do samego Zermatt. Wojtasik twierdził potem, że widział z wagonika świstaka. Nie wspomniał tylko, czy zawijał on coś w sreberka :].
Po małym spacerze ze stacji kolejki, zainstalowaliśmy się w restauracji „Old-Zermatt”. A ponieważ Pietra stwierdził, że profanacją byłoby nie zjeść foundee będąc w Szwajcarii (ciekawe, wydawało mi się, że to francuski wynalazek) – wszyscy jak jeden mąż zamówiliśmy właśnie tę potrawę – tylko w różnych smakach. No i do tego piwo – za jedyne plus minus 20zł :].

No, tego było mi trzeba – taki luźniejszy dzień dobrze nam zrobił. Zermat, tj. takie szwajcarskie Zakopane, w tle Alpy i Matterhorn, pełen luzik, zimne piwko i kaloryczne, niezdrowe, pyszne żarcie :). Czyli najdroższy relaks mojego dotychczasowego żywota :P.

Pojedzeni, powolutku, spacerkiem pomaszerowaliśmy przez centrum Zermatt w stronę stacji kolejowej. Kto chciał, to właził do sklepów w poszukiwaniu pamiątek, a ja tylko oglądałem witryny sklepowe, pełne nikomu niepotrzebnych gadżetów.

Samo miasteczko nawet mi się podobało. Lubię drewnianą zabudowę – a właśnie taka tam dominowała. Miejsce to jest bardzo malownicze i klimatyczne, jednak tłumy turystów płynące nieprzerwaną rzeką po głównych uliczkach miasteczka sprawiają, że nie można nazwać go spokojnym. Cóż, taka rola najsłynniejszych światowych kurortów.
A potem już była tylko stacja kolejowa, pociąg i spacerek do naszego ośrodka, gdzie znaleźliśmy się ok. 18:00. Wieczór spędziliśmy częściowo na zewnątrz, przy motocyklach i piwku, a gdy się ochłodziło – zainstalowaliśmy się w pokojach. Wojtasiki już o 21:00 odpadli spać, a my niewiele później, nastawiając budziki na 6:30. Od następnego dnia czekał nas taktyczny odwrót :].

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.