.: Moje przygody z motocyklami :.

Alpy

Dzień 6 – 9 września 2009 r.

Pobudkę machnęliśmy sobie o 8:30, chociaż równo o 7:00 za oknem zaczął warczeć nam młot pneumatyczny na „naszej” budowie, więc w zasadzie spać się już nie dało.

Kwadrans później już byliśmy w komplecie na śniadaniu, choć Wojtasik na twarzy był trochę zielony i szybko, wypijając tylko herbatę, wrócił na górę do łóżka. Wczorajsze świętowanie imienin Pietry nie wyszło mu na zdrowie… A i Pietra wydmuchał na alkomacie jeszcze trochę ponad normę :].
Pojedzeni, wróciliśmy ok. 9:30 na górę, spakowaliśmy się i opuściliśmy pokój. Nie spieszyliśmy się specjalnie, aby Wojtasik w miarę doszedł do siebie.
Na motocykle wskoczyliśmy ok. 10:30 i ruszyliśmy na północ w stronę Splugen – czyli znowu pchaliśmy się w stronę Szwajcarii. Trasa ta prowadziła przez przełęcz Splugenpass.
Przełęcz ta na całej swojej długości przebiega przez urozmaicony teren. Początkowo wspinaliśmy się ostro po krętej, takiej sobie jakościowo asfaltówce, wrzynającej się w strome zbocze góry. Wielokrotnie przebijaliśmy się przez wykute w skałach, kręte tunele, co dosyć urozmaicało nam jazdę. Liczne dziury jednak, zarówno w tunelach jak i pozo nimi sprawiały, że jechaliśmy raczej ostrożnie.

W końcu wyjechaliśmy na nieco równiejszy teren, gdzie też znalazło się parę „punktów” fotograficznych. Wokół nas mieliśmy górskie szczyty, a nieco bliżej drogi – puste, trawiaste pagórki. Całkiem fajnie to wyglądało :).

Wkrótce później natrafiliśmy na zaporę wybudowaną w roku 1931 oraz na utworzony przy jej pomocy zbiornik wodny.

Nasza droga przebiegała wokół zbiornika i dalej wiła się w górę ku szczytowi przełęczy. Krajobraz przypominał mi tam trochę poszarpane wybrzeże Chorwacji – suche, jasne, chyba wapienne góry i spalona słońcem trawa.

Szczyt przełęczy nie był niczym wyjątkowym. Jeden budynek, jakiś pomniczek i tablica informacyjna. Zatrzymaliśmy się tam jednak, aby się rozejrzeć i uwiecznić nasz pobyt na szczycie Splugenpass. Jest on na wysokości 2113 m.n.p.m., a my osiągnęliśmy go w okolicy południa.

Nie mogę powiedzieć, że nie było tam pięknie. Po prostu byliśmy już tak nasyceni wrażeniami i widokami Alp, że trochę ostygliśmy z zapału i staliśmy się nieco mniej czuli na otaczający nas krajobraz. Najlepiej więc oddać głos fotografiom… :).

Ze Splugenpass puściliśmy się w dół krętą drogą, pełną ciasnych serpentyn. W jednym miejscu był niesamowity przekładaniec, wyglądający niemal jak jelito :P. Musiałem się zatrzymać, aby zrobić zakrętasom zdjęcie, przez co ekipa mi zwiała i do samego dołu już jej nie dogoniłem, choć pędziłem na złamanie karku…

Gdy znalazłem się na dole (w okolicach miejscowości Splugen), wbiliśmy się wszyscy na autostradę A13 i ruszyliśmy w stronę San Bernardino Pass. Przejazd autostradowy był krótki, toteż parę kilometrów dalej już wspinaliśmy się serpentynami na górskie zbocze po drodze nr 13, prowadzącej wprost na San Bernardino Pass…
Początkowo krajobraz niewiele się różnił od tego, co już dotychczas widzieliśmy. Później jednak zrobiło się bardzo ciekawie. Wjechaliśmy w teren, który przypominał mi… Norwegię ;). Wyślizgane, połyskujące w słońcu, porozrzucane na zieleniejącej trawie głazy oraz małe oczka wodne powodowały bardzo silne wrażenie, że przeniosłem się w norweskie fiordy, i że droga prowadzi nas ku jęzorowi lodowca, nie zaś ku szczytowi przełęczy… Naprawdę piękne miejsce!

Wrażenie to spotęgował punkt szczytowy przełęczy S. Bernardino. Na wszystkich okolicznych szczytach widoczne były tam ułożone przez ludzi kamienne stożki. Pierwszy raz zetknąłem się z tym właśnie w górach na południu Norwegii :). Nie wiem, co te stożki symbolizują, ale wyglądają bardzo interesująco…

S. Bernardino Pass podobało mi się zatem bardzo, choć znajdowało się „zaledwie” na 2066 m.n.p.m. Nisko w stosunku do poprzednich odwiedzonych przez nas przełęczy. Miejsce to miało jednak swój niesamowity i niepowtarzalny klimat…
Wisienką na torcie okazał się również zjazd z przełęczy. Asfalt nieprawdopodobnie ostry, szeroki i dobry. Zakrętów od groma – i to szerokich, nie takich ciasnych agrafek – zawrotów o 180 stopni. Tam to można było dopiero pojechać na maksa! I też właśnie dopiero tam udało mi się dwukrotnie przytrzeć prawym podnóżkiem :). Lewego już nie oszczędzałem – szorował po każdym zakręcie :). Naprawdę, to była poezja!

Jak zwykle – z powodu robienia zdjęć – na dół zjechałem jako ostatni. Ekipa czekała już na mnie na stacji benzynowej, gdzie też zatankowaliśmy do pełna nasze sprzęty przed dalszą rajzą.
Uzgodniliśmy, że pojedziemy dalej w stronę Zermatt, tak aby dotrzeć tam jeszcze dziś. Prognoza pogody zapowiadała pogorszenie warunków pogodowych w piątek, więc chcieliśmy w ostatni pogodny dzień, tj. czwartek – obejrzeć Zermatt i rzucić okiem na Matterhorn :).

Ze stacji puściliśmy się w drogę po autostradzie A13 w stronę miejscowości Bellinzona. I tutaj muszę powiedzieć, że była to najpiękniejsza autostrada, jaką mi w życiu było dane jechać :). Przebiegała ona w głębokim kanionie, którego zbocza pokryte były gęstą, ciemną zielenią drzew. Jechaliśmy w dół i momentami natrafialiśmy na bardzo ciasne (jak na autostradowe standardy) zakręty. To była bajka! W tak niesamowitym otoczeniu gnać 120-140km/h w głębokim złożeniu, nie raz wyprzedzając przy okazji różne samochody… 😀
I tu właśnie Pietra nie wytrzymał. Zjechał na najbliższym napotkanym zjeździe, zatrzymał się na parkingu i zakomunikował nam, że odmawia jazdy po autostradach, bo tu jest po prostu zbyt pięknie. I zaczął studiować mapę w poszukiwaniu alternatywnej drogi.

Na szczęście udało nam się go przekonać, że jeszcze powinklujemy sobie, tylko parę kilometrów dalej. Wróciliśmy więc na autostradę, ale na nieszczęście trafił się nam po paru kilometrach znak na przełęcz świętego Gotharda. Pietra znowu zachciał zmienić zaplanowaną trasę, tudzież odłączyć się i pognać po swojemu w pojedynkę, co zakończyło się kolejnym postojem.
Studia nad mapą co parę minut przepełniły z kolei czarę cierpliwości Ewera. Powiedział, że tracimy więcej czasu na planowaniu trasy i gadkach niż na motocyklach, po czym zapiął jedynkę i… tyle go widzieliśmy. A najlepsze jest to, że po 10 minutach gapienia się w mapy i GPSa, w końcu i tak pojechaliśmy zaplanowaną wcześniej drogą, gdyż w zasadzie autostradowy odcinek mieliśmy prawie cały za sobą i dalej już były tylko winkle… :]
We trójkę pogoniliśmy więc z okolic Bellinzony na Locarno, skąd już niesamowitą drogą nr 560 pognaliśmy na przełaj ku włoskiej granicy.
Trasa ta była o tyle ciekawa, że biegła cały czas po jednym zboczu silnie zazielenionego gęsto drzewami wąwozu. Po prawej mieliśmy cały czas ścianę skalną, czasem wręcz pionową, a po lewej przepaść, po której dnie płynęła rzeczka. Droga była wąska i niebezpieczna, ale… zasuwaliśmy tam jakby nam piątej klepki brakowało ;).
To co mnie tam się podobało, to właśnie te drzewa. Wreszcie zielono, wręcz gęsto od zieleni i drzew, a nie same łyse skały. I przez to właśnie nie mam w zasadzie z tego odcinka fotek, bo… aż nie chciało się zsiadać z motocykla ;).
Pędząc tak na pełnej szpuli, płynnie przekroczyliśmy w pewnym momencie granicę włoską, a kawałek dalej… dogoniliśmy Ewera :). Na jakieś czułości nie było jednak miejsca – nie na takiej artystycznej drodze ;). Wyprzedziliśmy go z Pietrą, machnęliśmy na powitanie i pogoniliśmy przed siebie :).
Zatrzymała nas dopiero jakaś cerkiew, czy też kościół, który niesamowicie wcinał się w naszą drogę. W tej okolicy widok takiej budowli był iście zaskakujący i… imponujący :).

Dalszy przebieg naszej trasy był również nieprawdopodobny. Zbliżaliśmy się coraz bardziej ku naprawdę wysokim masywom Alp, toteż droga coraz częściej przebiegała w głębokich rozpadlinach, mających miejscami pionowe skalne ściany po bokach, a nawet skalne nawisy nad samym asfaltem. Coś wspaniałego!

Po pewnym czasie wpadliśmy na trasę ostatniej tego dnia przełęczy. Był to Simplon Pass – droga nr SS33 po włoskiej stronie i E64 po szwajcarskiej. Jak już samo oznaczenie sugeruje, jest to droga ekspresowa. Była ona niesamowicie szeroka i szybka. Szczyt przełęczy miał bardzo łagodny przebieg i znajdował się na wysokości 2005 m.n.p.m.

To tam też – za załamaniem szczytu – pędząc ciągle w dół widzieliśmy „łapacze TIRów”. Były to boczne odnogi drogi, które ze spadku przechodziły w solidny wznios i na końcu posiadały „mur” z opon. Są to specjalnie zaprojektowane miejsca, w które mogą uciekać kierowcy ciężarówek, na wypadek spalenia czy zagotowania układu hamulcowego :]. Niezły hardcore :].
Ciekawy był też momentami przebieg trasy Simplon Pass. Gnaliśmy np. kupę czasu po jednym zboczu góry, mając po lewej stronie w oddali drugie zbocze. W pewnym momencie natrafiliśmy na szeroki i wysoki most łączący oba zbocza i już po chwili jechaliśmy w przeciwnym kierunku po przeciwległym zboczu góry :].
Dalsza trasa już była mniej interesująca. Coraz solidniejszy ruch, tereny zurbanizowane i powolne przebijanie się do St. Niklaus, gdzie mieliśmy namiar na tani nocleg. Miasto to osiągnęliśmy po godzinie 16:00.

To właśnie tam przeraziłem się, jak rzuciłem okiem na swoją tylną oponę. Tzn. nad jej stanem rozpaczałem mniej więcej od drugiego dnia śmigania po Alpach, ale po tak wielu agresywnie pokonanych alpejskich przełęczach, bieżnik po prostu wyparował… Znałem tę oponę na tyle dobrze, że wiedziałem, iż następnym etapem jej końca będzie pękanie bieżnika na środku, od którego do wystrzału już krótka droga… Humor automatycznie mi się nieco pogorszył :).
W międzyczasie chłopaki zaprogramowali GPSa, aby poprowadził nas do naszego noclegu, więc ruszyliśmy po ciasnych agrafkach ostro pod górkę. Pokonaliśmy jakieś 7km, po których droga się skończyła ;). To Wojtasik rypnął się przy wpisywaniu adresu… Ale widoczek z miejsca, na które się wdrapaliśmy był zdecydowanie wystarczającą rekompensatą za tę małą pomyłkę…

Uznaliśmy na górze, że warto byłoby skoczyć do samego Zermatt, rzucić okiem na miasto i może nawet tam rozejrzeć się za noclegiem. Żaden z nas oczywiście nie miał bladego pojęcia, że w Zermatt jest ścisły zakaz ruchu pojazdów z silnikami spalinowymi, toteż mieliśmy solidnie zdziwione miny, gdy w miejscowości Tasch (ostatniej przed Zermatt) zobaczyliśmy gigantyczny znak zakazu ruchu :D.
Cóż było robić. W Tasch wyciągnęliśmy ze ściany trochę szwajcarskiej waluty i zawróciliśmy do St. Niklaus…
Poszukiwania noclegu poszły w miarę sprawnie. Zapłaciliśmy 50 franków od łebka za nocleg ze śniadaniem. Otrzymaliśmy dwa pokoje wyposażone w kuchnię, prysznic i kibelek. Ciekawe było to, że wszystko znajdowało się w jednym pomieszczeniu – prysznic, łóżko, stół i kuchnia ;). Na całe szczęście kibel był osobno… 😛

Garażu nie było niestety – sprzęty zostawiliśmy zabezpieczone przed naszym Gasthoff’em.
Obiad wciągnęliśmy wykorzystując swoje zapasy i do późnego wieczora gawędziliśmy sobie przy piwku. Spać poszliśmy po 23:00.
Pokonaliśmy tego dnia 326 km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.