Weekend w Kletnie 2008 | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
Czwartek - 14.08.2008 Od dłuższego czasu słyszałem o przygotowaniach grupy EKG do długiego weekendu, który miał się odbyć w Kletnie i okolicach :]. Tzn. trzon EKG imprezować miał w Sądejówce i wpaść do Kletna, a my z Rybnika postanowiliśmy cały weekend przegonić w Kletnie i objeździć sobie okolicę. Weekend miał się rozpocząć w piątek 15 września, jednak z uwagi na bardzo nieciekawe prognozy pogody, na spontana wykombinowaliśmy, by jechać już w czwartek po pracy - pogoda była jeszcze dobra... I tak też się stało. Po pracy rodzice szybko spakowali się, skoczyliśmy po motocykle i jakoś ok. 17:00 byliśmy u ObLeśnego na zbiórce :). Jechała z nami jeszcze MotoMysz (na plecaku u ObLeśnego), Krzysiu na Vulcanie, no i my :]. Jak wsiedliśmy na sprzęty, to ObLeśny tak pogonił, że na raz machnęliśmy chyba ze 140km :]. Wszystkim dupska odpadały! Przejechaliśmy bocznymi drogami - przez Racibórz, Głubczyce, Prudnik, Nysę i zatrzymaliśmy się w knajpie przy zbiorniku Otmuchowskim, przed Paczkowem. Drogi były naprawdę śliczne - puste, dobry asfalt, kręte i bardzo często po obu stronach ciągnęły się rzędy starych potężnych drzew. Bardzo przyjemna traska... Z kolei przed i za Nysą drogi 41 i 46 są w dużej mierze poremontowane z funduszy unijnych, asfalt jest tam rewelacyjny, szerokie pobocza... Jedzie się jak po autostradzie! We wspomnianej knajpie zafundowaliśmy sobie krótki postój, napiliśmy się czegoś i... ruszyliśmy dalej :). A dalej - strasznie długa i pusta prosta :]. Jak lotnisko! Bez mała można by tam popychać 3 paczki :P. Ja zadowoliłem się dwoma :]. Dojechaliśmy do Złotego Stoku i dalej krętą i dziurawą drogą - już po ciemku - pogoniliśmy na Lądek Zdrój. Poleciałem przodem i w jednym miejscu przed kołem śmignęła mi sarenka :]. Fajnie... Z Lądka Zdroju już była krótka piłka do Stronia Śląskiego i - docelowego Kletna... Pokonaliśmy 196km. W Kletnie pojawiliśmy się niespodziewanie :P. Właścicielka - Asia - była już w szlafroku ;). Ale bez żadnych problemów od razu otwarto nam drzwi i wjechaliśmy maszynami do środka knajpy... Asia zaraz też się przebrała, zapodała nam ciepłą kolacyjkę i zaczęła dzwonić dla nas za noclegiem. I suma sumarum - w końcu wylądowaliśmy 50m od restauracji - "nad garażem". Był to mały budynek, który na dole był remontowany (miał garażowe wrota), a na górze znajdowały się trzy pokoje - dwa spore na 4 łóżka i jeden mniejszy z łożem małżeńskim. ![]() Wprowdziliśmy się i - po paru piwkach - poszliśmy spać :). Piątek - 15.08.2008 Rano za oknem wisiały ciężkie chmury i lekko siąpił deszczyk. W nocy była całkiem konkretna ulewa i burza. W nocy dojechał do nas z Poznania kuzyn ObLeśnego - Olo na Marauderze. Śniadanie zjedliśmy najpierw w domku z przywiezionych przez rodziców produktów, a potem udaliśmy się do knajpy, gdzie doprawiliśmy się jajecznicami :). ![]() Na wycieczkę stawiliśmy się w komplecie i po normalnym zamulaniu podczas przygotowań, ruszyliśmy w drogę. Wycieczka jednak okazała się wyjątkowo mało ambitna :P. Przebijając się po wąskich, mokrych górskich serpentynach, zajechaliśmy zaledwie do Międzygórza, gdzie zatrzymaliśmy się coś pozwiedzać. Niecałe 20km... Ledwo silnik się rozgrzał :P. ![]() ![]() ![]() Na szczęście motocykle stały bezpośrednio przy knajpie, więc nie trzeba było daleko łazić w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Byłem troche wkurzony na proporcje czasową między jazdą a robieniem wszyskiego innego, ale gdy pod nos podano mi talerz z obiadem - bardzo szybko mi przeszło :P. Kiedy już byliśmy syci - wreszcie dosiedliśmy naszych sprzętów. Decyzja padła by pojechać do niedalekiej Bystrzycy Kłodzkiej. Po drodze jednak zaczęło trochę padać, więc gdy dotarliśmy na miejsce - zdecydowaliśmy się, że trzeba wracać do Kletna. Zresztą, Bystrzyca Kłodzka okazała się wyjątkowo brzydkim miastem. Szare, brudne, zaniedbane i zupełnie nieoznakowane :]. Troche czasu minęło więc nim wydostaliśmy się z centrum na drogę do domu. Z uwagi na ciężkie bure chmury oczywiście każdy założył na siebie co tylko miał przeciwdeszczowego. Na szczęście deszcz tylko nas postraszył i w drodze do domu - która odbywała się po śladach, po tych samych wąskich górskich asfaltówkach - nawet nas nie zmoczyło. Zaatakowała nas z kolei dosyć gęsta mgła. Drobiny wody tak intensywnie osiadały na szybkach kasków, że trzeba było jechać z uchylonymi :]. Ale klimacik był zajefajny. Jazda w białym puchu mgły, ograniczającym widocznośc do kilkunastu metrów po wąskich dróżkach w górach - to jest to ;). Gdy zjechaliśmy do Kletna i wprowadziliśmy sprzęty do restauracji dowiedzieliśmy się, że ostro tu w czasie dnia lało. ![]() W knajpie też dowiedzieliśmy się dopiero o tym co się na świecie działo. Churaganowe wiatry, potężne burze, na Śląsku gradobicia grudkami lodu wielkości piłki tenisowej, nawet tornado - trąba powietrzna pod Strzelcami Opolskimi! Tak, to właśnie ta data - 15 sierpnia 2008 r. Nad połową Polski odbywały się sceny wyjęte prosto z "Twistera", a my totalnie nieświadomi beztrosko śmigaliśmy w górach motocyklami... :/ Potem to już była tylko impreza :P. W knajpie polało się piwo, wieczorem wciągnęliśmy jakąś kolacyjkę i - jeśli dobrze pamiętam - w miare szybko urwaliśmy się spać. Tego dnia zrobiliśmy tylko 76km. ![]() Sobota - 16.08.2008 Od rana lało. Nad głowami wisiały nam ciężkie chmury i raczej nie było szans na suche jeżdżenie, więc zapowiadał się nudny dzień. Lekkie śniadanie wciągnęliśmy w naszym lokum, a potem na coś konkretniejszego udaliśmy się do restauracji. Wieczorkiem dnia poprzedniego dołączyli do nas w Kletnie Przemo z Zosią, więc było całkiem wesoło, zaś po śniadaniu, koło godziny 11:00 zrodził się pomysł wyjazdu w parę osób w Góry Sowie samochodem właściciela restauracji - Wojtka. Posiada on dosyć gigantycznego Dodge'a Caravana, do którego wbiliśmy się w 8 osób - z czego trzy (w tym ja) jechały w bagażniku ;). Jechaliśmy w składzie: Wojtek, Przemo, Zosia, Obleśny, Motomysz, moi rodzice i ja :]. ![]() Ekipa przygotowała się solidnie po drodze na stacji benzynowej do jazdy ;). Czyli na pokładzie wylądowało piwo i zagrycha :P. A na tapetę wszedł dosyć kontrowersyjny temat pod tytułem: "Co by było gdyby człowiek swe narządy rozrodcze posiadał na czole" :]. Różnych problemów i sytuacji z tym związanych wymyśliliśmy dziesiątki, pękając przy okazji ze śmiechu ;). Pod koniec jazdy mnie jednak już nie było do śmiechu, bo... chciało mi się lać :P. Piwko zadziałało, a szofer nie za bardzo chciał się zatrzymać, twierdząc, że do celu już blisko. I tak z pół godziny, a ja w bagażniku czułem każdą dziurę. Teraz to może zabawne, ale wtedy to naprawdę już był czysty ból. Gdy tylko zajechaliśmy na parking docelowego kompleksu Włodarz, próbując wystrzelić jak najszybciej z bagażnika, potknąłem się i po prostu z niego wypadłem na plecy w błoto, a sekundę później już dawałem upust ciśnieniu w krzakach :]. Z krzaczorów wylazłem z błogą lekkością. Nawet usyfione z błota ubranie nie było dla mnie w tym momencie wielkim problemem ;). No to wreszcie byliśmy na miejscu - w pozostałościach po niemieckim Kompleksie "Riese" ("Olbrzym") z czasów II Wojny Światowej. ![]() My wylądowaliśmy w największym odkrytym do tej pory kompleksie podziemnych tuneli, noszącym nazwę Włodarz, znajdującym się koło Jugowic. Jak się okazało była tam też pozostała ekipa EKG, która zjechała do Włodarza z Sądejówki. M.in. spotkaliśmy tam Krasnala z Irką, Ewrysta, Kosina i innych, których teraz już nie wspomnę :). ![]() Około 14:00 pojawił się przewodnik i weszliśmy Sztolnią nr 4 do kompleksu. Prowadzą do niego cztery sztolnie, z czego dwie są niedrożne. Wcinają się one wgłąb góry Włodarz na długość 180-240m, gdzie łączą się z kompleksem prostopadłych i równoległych wyrobisk tworzących kształt kratownicy. ![]() ![]() Następnie dotarliśmy do pierwszego prostopadłego do sztolni chodnika i poszliśmy nim w stronę kolejnych sztolni - 3, 2 i 1. ![]() ![]() Przejmujące zimno i wilgoć panujące wewnątrz chodników dawały ostro do myślenia. Aż trudno uwierzyć, że ponad 50 lat wcześniej więźniowie drążyli te tunele ubrani w letnie pasiaki, często bez butów lub w prowizorycznych drewniakach... Po prostu masakra... ![]() To było niesamowite - płynąć łodzią ciemnym tunelem wydrążonym w skale w czasach II wojny światowej. Będąc tam na żywo dopiero czuje się w pełni aurę tajemniczości spowijającą to miejsce... ![]() ![]() Potem już nastąpił taktyczny odwrót i wróciliśmy tę samą drogą do wyjścia - Sztolni nr 4. Słowa nie sa w stanie oddać tego, co można tam zobaczyć i co się czuje, będąc w środku. Polecam zdjęcia na stronach spelologów amatorów, którzy eksplorują niedostępne dla przeciętnego turysty chodniki pozostałych kompleksów wchodzących w skład projektu Riese. A najbardziej to polecam wybrać się tam i zobaczyć to osobiście... W drodze powrotnej do Kletna zahaczyliśmy jeszcze o Sądejówkę, aby przywitać się z resztą ekipy EKG. Z głodu jednak nie siedzieliśmy tam długo - może po pół godzinie władowaliśmy się wszyscy do Dodga i ruszyliśmy do Kletna. Gdy wróciliśmy do siebie, pierwsze co weszło na tapetę, to jedzenie. Wszystkim kiszki solidnie marsza grały, więc bez marudzenia udaliśmy się do restauracji, by coś wszamać. A gdy już wszyscy się najedli - zwolna zaczęła rozkręcać się impreza. Wieczór zbliżał się gigantycznymi krokami... Na stoły wyjechało piwo oraz hit tego wieczoru - wściekłe psy. Właściciel restauracji chyba był pod wrażeniem wspólnego wyjazdu, bowiem zafundował na nasz stolik ładnych kilka kolejek tego trunku... Nawet MotoMysza nie odmówiła i dotrzymywała facetom kroku w piciu ;). ![]() ![]() ![]() Generalnie to był bardzo udany dzień... Niedziela - 17.08.2008 No i nadszedł dzień powrotu do domu. Pogoda zapowiadała się nawet optymistycznie... Rano niewątpliwie coś zjedliśmy, po czym z całą pewnością zaczęliśmy się pakować do wyjazdu. I również jestem przekonany, że był to proces zdecydowanie dla mnie za wolny i się irytowałem ;). W końcu wyprowadziliśmy nasze sprzeciory z restauracji, dopakowaliśmy kufry - i wreszcie - w drogę! Niestety znowu miałem powód do niezadowolenia :P. Nagle mama zachciała bowiem zwiedzić sobie Kłodzko. Ja tam jestem zdecydowanym zwolennikiem zwiedzania wszystkiego z motocykla, ale reszta ekipy trzymała się tradycyjnego chodzenia z buta. Toteż gdy po parunastu minutach jazdy zatrzymaliśmy się w Kłodzku, znowu trzeba było łazić ;). ![]() No skoro już tam byliśmy, to sobie łyknąłem mrożoną - a co tam :]. Po kawce - ku mej radości dosiedliśmy motocykli i ruszyliśmy w długą w stronę Nysy. Noo, wreszcie coś się działo! Ja naturalnie nie potrafiłem spokojnie wysiedzieć w szyku, więc co rusz startowałem z kopyta do przodu, by gdzieś ię zatrzymać i poczekać, aż reszta nadgoni :]. Czasem trzeba jednak dać pobiegać jurnym mustangom zamkniętym w silniku ;). W Nysie kolejny postój - na obiad. Niestety strasznie trudno było znaleźć jakieś przyzwoite miejsce, a gdy w końcu znaleźliśmy jakieś skupisko restauracji, to też nam dało do wiwatu. ![]() I dalej już bez większych przystanków, bez marudzenia pognaliśmy do Rybnika, tą samą niesamowitą, krętą drogą przez Głubczyce i Racibórz. Po drodze jeszcze padł pomysł, że podjedziemy do ObLeśnego na krótkiego grilla - jak szaleć to szaleć ;). Dodatkową zachętą był posiadany przez Marka karcher oraz nasze umorusane sprzęty :]. Jak uradziliśmy - tak zrobiliśmy. Przyjechaliśmy na działkę ObLeśnego, gdzie MotoMysz zabrała się za przygotowywanie grila, a Marek wydobył karchera i każdemu z osobna pomógł wyczyścić motocykl. ![]() Chyba już się zmierzchało, gdy zebraliśmy się w drogę do domu. Pod garażem jeszcze rzut oka na licznik - 22094 km (pokonaliśmy tego dnia 230km) i mogliśmy kolejny raz odstawić szczęśliwie sprzęty na spoczynek. Dobrze się spisały! |
Copyright (c) by zbyhu |