Rozpoczęcie sezonu na Jasnej Górze 2007. | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
Rozpoczęcie sezonu na Jasnej Górze... O mało mnie nie ominęło! :) A to z racji wesela mojej kuzynki, które odbywało się dzień wcześniej. A w zasadzie też przez noc poprzedzającą wyjazd... Wróciłem z niego po 1:00 w nocy, a wstać musiałem o 6:30, żeby do Częstochowy pojechać... Na Jasną Górę wspólnie wybierali się Browar z Gośką, Ynciol z Basią, Dżola i trzech nieznanych mi motocyklistów na szlifierkach. Draco mówił, że może się pojawi już w samej Częstochowie, ale nie miał jechać z naszą grupą. O 7:20 zajechałem na stację BP, gdzie mieliśmy punkt zborny. Wszystkich zaskoczyła moja obecność, bowiem profilaktycznie powiedziałem, że mnie nie będzie. To na wypadek, gdybym nie dał rady wrócić z wesela :). ![]() Ponieważ Ynciol pierwszy raz kulał się z Basią na plecach, a w pamięci miał ciągle niedawnego szlifa i na przedniej feldze ciągle nienajlepszego kapcia, uzgodniliśmy, że nie szarżujemy :P. Jechaliśmy wyjątkowo spokojnie - rzec można - dostojnie :). Cały czas prędkości z zakresu 80-90km/h. Irytowało to poniekąd naszych ściganów, którzy co rusz wystrzeliwali do przodu z ryczącymi na pełnych obrotach silnikami :). Gdy dotarliśmy do autostrady, nasza przelotowa wzrosła tylko nienacznie. Jechaliśmy tak między 90 a 120km/h. To jeszcze bardziej irytowało towarzyszy na plastikach, toteż po chwili odkręcili manetki do oporu i - tyle ich widzieliśmy. Dopiero przed Katowicami zobaczyliśmy ich stojących na poboczu, dotleniających się nikotyną :). Za Katowicami zjechaliśmy na krajową jedynkę, która prowadziła już bezpośrednio do Częstochowy. Widać było już powoli, że coś dużego się święci. Im bliżej Częstochowy byliśmy, tym częściej mijaliśmy lub byliśmy wyprzedzani przez większe lub mniejsze grupki motocyklistów. Niektóre mijane stacje benzynowe były całkowicie wypchane po brzegi sprzętami. Było ich tyle, że stosunkowo szybko zrezygnowałem z pozdrawiania, gdyż praktycznie lewą rękę musiałbym mieć non stop w powietrzu ;). Jakoś może 30km od Częstochowy, nagle zobaczyłem, że jeden z "naszych" ścigantów - Adolf - turla się po poboczu, po czym staje. Zaintrygowany, zatrzymałem się koło niego, a Browar, Ynciol i Dżola pomknęli dalej. Okazało się, że przez głupi błąd (kranik na RES) Adolfowi zabrakło paliwa :). Chwila konsternacji - co robić. Gonić resztę i powiedzieć co się dzieje, czy we dwóch coś uradzić...? Zdecydowałem się na to drugie :). Szybkie oględziny TDMki jasno dały nam do zrozumienia, że nie spuścimy z niej benzyny. Jedynym wyjściem była więc jazda na najbliższą stację i przywiezienie paliwa w butelce... Pojechałem. Na szczęście stacja była zaledwie kilometr dalej. Kupiłem tam półlitrowy napój, wlałem go w siebie, butelkę napełniłem benzyną i szybko wróciłem do Adolfa. Po wlaniu wachy do jego baku, poczekałem jeszcze żeby się upewnić, że sprzęt mu odpali, po czym poleciałem sam w stronę Częstochowy, a Adolf zjechał na tę pobliską stację. Gnałem ile tylko źle wyważona felga pozwalała. 140km/h :). Patrzyłem też podejrzliwie po wszystkich stacjach i poboczach, pewny, że moja ekipa gdzieś na mnie czeka. Ale niestety - dojechałem do Częstochowy i nic... :| Ponieważ nie bardzo wiedziałem co i jak, podczepiłem się pod dwa motocykle na tyskich rejestracjach i wspólnie zajechaliśmy do podnóży Przeprośnej Górki, na której znajduje się Sanktuarium Ojca Pio. Tam właśnie miało odbyć się o 10:00 spotkanie wszystkich motocyklistów, po którym mieliśmy kolumną pojechać już na Jasną Górę. Gdy zacząłem się pchać w stronę sanktuarium do góry, szybko... utknąłem w korku! I to nie byle jakim - ciągnął się do samego sanktuarium, od którego oddzielał mnie minimum kilometr. Jakoś jeszcze poboczem się przepchałem parenaście metrów do góry, by w końcu utknąć za dwiema trajkami na dobre. I tam pierwsze nieoczekiwane spotkanie tego dnia - z Rosiem, który był z nami na Węgrzech :). Utknęliśmy akurat centralnie obok siebie. Rosiu - pozdro! Szybko przyczyna korka wyszła na jaw. Otóż z dołu ciągle napierała do Sanktuarium jeszcze niemała rzeka motocykli, a w miejscu, w którym utknąłem, akurat usiłowano formować początek kolumny jadącej już na dół - w stronę Jasnej Góry. Mieliśmy więc dwie armie motocykli napierające na siebie ;). A ja na samym froncie :). Masakra!! Wreszcie sytuacja się zwolna rozładowała. Policja porozsuwała nas po poboczu i parada ruszyła... Jakimś cudem udało mi się w tym chaosie zawrócić, "wycelować" moto w stronę zjazdu i przyparkować. ![]() ![]() No i zaczęła się gehenna... Kolumna przesuwała się bardzoe niemrawo. Na drugi bieg praktycznie nie było szansy, a co gorsza, nawet wolne obroty na jedynce rozpędzały motocykl do zbyt dużej prędkości ;). Jazda więc odbywała się non stop na półsprzęgle i polegała na nieustannym ruszaniu i zatrzymywaniu się. Jechaliśmy szeroką kolumną, po kilka motocykli obok siebie. No i zarówno patrząc do przodu jak i do tyłu - końca kolumny nie było widać... :D. ![]() ![]() Grunt, to zachować humor ;). ![]() Browar i Gośka.. ![]() Dżola i Ynciol z Basią. ![]() Siła nas! ![]() Poszukiwania łatwe nie były. Ale że telefony komórkowe to jednak przydatne wynalazki, to jużpo chwili się obściskiwaliśmy z Gerardem, Renią, Protem, Oleśką, Wojtasikiem, Rafałem, Astarte, Miklasem i innymi forumowiczami, których niestety znam już słabiej i nie spamiętałem... Padł pomysł, żeby udać się do jakiegoś sklepu po zimne napoje, gdyż słońce bezlitośnie włączyło tryb "Sahara" i w pyskach nam pozasychało. Zeszliśmy w tym celu z Jasnej Góry i w pierwszym spotkanym sklepie wykupiliśmy roczny zapas wody mineralnej. Ja wziąłem jeszcze jakieś dwa zdechłe pączki, ogałacając tym samym sklep dokumentnie. Na półkach został już tylko ryż i ocet ;]. Wracając na górę usłyszeliśmy, że impreza już przechodziła zwolna w tę konkretną fazę, tj. w mszę. Odwiedziłem więc szybko kibelek i nabożnie udałem się w miejsce stacjonowania Wawki :P. Msza się zaczęła. Stanie jednak w skupieniu i w słońcu na baczność było trudne, więc szybko zeszliśmy do parteru i siedliśmy na trawie. Tylko na te co ważniejsze elementy mszy przyjmowaliśmy pion :). ![]() ![]() Kazanie... ;) ![]() "Artystyczna" fotka made by me ;). Dla jasności - to jest owiewka TDMki :). Na koniec, już praktycznie po mszy, jeden ksiądz wsiadł do kosza jakiegoś ruska i zaczął jeździć po całym terenie święcąc hurtowo motocykle :). I naszych sprzętów nie ominął, choć naczekaliśmy się konkretnie by do nas dotarł :). ![]() Nalegałem więc by już zrywać się do domu. Poszliśmy tylko pożegnać się z ekipą warszawską i zaczęliśmy zbierać się w drogę powrotną. Wtedy zmaterializował się koło nas Draco :). Szkoda, że na koniec, ale lepiej późno niż wcale ;). Fajnie było się w tym tłumie odnaleźć. Spotkałem się w przeciągu całej imprezy jeszcze z paroma osobami, takimi jak np. Adu, Zbyhoo, czy Miro_N. I z tego miejsca wszystkich Was serdecznie pozdrawiam! :) Ponieważ nie zgadzaliśmy się z poglądami na temat drogi powrotnej do domu, Draco pojechał do Rybnika z Dżolą, a my - Browar z Gosią, Ynciol z Basią i ja - polecieliśmy inną traską. A w zasadzie tą samą, którą przyjechaliśmy :). Koledzy na plastikach gdzie nam się zupełnie stracili... Wyjazd z Częstochowy, to była niemal powtórka z rozrywki - z parady. Korki jak jasna cholera, motocykli do cholery, a samochodów nie mniej. Pchaliśmy się w tak ciasne luki między samochodami, że włos się jeżył na głowie! A czasami i pokonywaliśmy pobocza i krawężniki, byle tylko jakoś wydostać się z tego ula... I jakoś też w końcu nam się to udało - wypadliśmy na jedynkę biegnącą ku Katowicom. Ponieważ jednak nie mieliśmy mapy, udało nam się trochę pobłądzić. Nie wiem do końca gdzie popełniliśmy błąd, w każdym razie pojechaliśmy jakoś przez Mysłowice, gdzie dopiero wjechaliśmy na autostradę. I tu o mało Browar nie pokierował nas na Kraków ;), ale udało nam się błąd naprawić, zawracając przez wiadukt. Żadnej mapy oczywiście nikt z nas nie miał :). ![]() Na trasie. Czekamy na Ynciola, który gdzieś nam się zgubił :). Reszta trasy, to już dla mnie rutyna. Odcinek Gliwice-Rybnik pokonuję częściej niż myje zęby :P. Także parenaście minut później już staliśmy przed Carefourem w Rybniku, gdzie też się pożegnaliśmy i rozjechaliśmy do domów. Podsumowując... Wyjazd udany jak najbardziej. Pokonałem 302km, moto spaliło 4,4l/100km, widziałem chyba więcej motocykli tego dnia, niż wcześniej przez całe życie... :) Ale z drugiej strony nie wiem, czy za rok na Jasnej Górze się pojawię. Za duży hardcore! Jeśli jednak coś mnie podkusi, by tam pojechać raz jeszcze, to już na pewno nie wezmę udziału w paradzie. To najlepszy sposób, by zarżnąc w moto sprzęgło lub przegrzać silnik. I siebie. Szkoda sprzęta i zdrowia ;). Z trzeciej zaś strony na pewno nie chciałbym wykreślić tego doświadczenia ze swojego motocyklowego życia i z całą pewnością wyjazdu nie żałuję! |
Copyright (c) by zbyhu |