Kameralne Bieszczady - 2020. | |
Menu: Strona główna Nowości Motocykle Wyjazdy Warsztat Galeria Autor |
Wprowadzenie Ostatnimi laty forum Hoonda trochę oklapło. Najbardziej chyba w kwestii zlotów. Zawsze ta sama historia, ten sam powód – brak organizatora… W tym roku na początku marca Raphi zapodał prowokacyjny wątek z pytaniem, czy zgodnie z tradycją zlotu wiosennego nie będzie. I faktycznie przez jakieś 3 tygodnie ludzie się przekomarzali, zrzucając jeden na drugiego ciężar organizacji imprezy i oczywiście nic z tego nie wynikło. W międzyczasie świat opanowała pandemia koronawirusa, więc wątek z przyczyn naturalnych sobie umarł - w tych okolicznościach zlot nie mógł się odbyć. Przyszedł maj, wraz z nim zluzowanie reżimów pandemii i odblokowanie branży turystycznej. Było trochę późno na wiosenny zlot, ale postanowiłem spróbować na szybko temat ożywić. Mój zapał do wykonania spontanicznego wyjazdu „bylegdzie” spotkał się ze znikomym zainteresowaniem - zgłosiło się zaledwie kilka osób. Ale też dla kilku osób łatwiej o kwaterę, więc z Nazarejskim (który się zgłosił) kuliśmy żelazo – uznaliśmy, że najwyżej będzie kameralnie. Termin ustaliliśmy na 5-7 czerwca. Lokalizacja – Bieszczady wygrały jednym głosem z Kotliną Kłodzką. Uczestników zgłosiło się 5 (słownie: pięciu). Nazarejski ogarnął domek na 5-6 osób w wiosce Hoczew, więc pozostało nam już tylko czekać na datę wyjazdu i modlić się o dobrą pogodę. Nim nadszedł 5 czerwca z listy uczestników zlotu wypadł Raphi, Rupert i Buczekpan (tj. 60% załogi :D), ale w ich miejsce pojawił się Menel, Konjo i… moja żona :). Monika do ostatniego dnia nie była pewna, czy ze mną pojedzie i do ostatniej chwili, czy na plecach, czy własnym motocyklem. Ostatecznie odważyła się spróbować swoich sił. Tak się śmiesznie złożyło, że w Bieszczadach byłem dokładnie dekadę wcześniej – pod koniec maja 2010 r. Czekało mnie zatem odświeżenie wspomnień sprzed dziesięciu lat :). ![]() Ten dzień był dla mnie i Moniki normalnym dniem w pracy. Udało mi się tylko załatwić wcześniejsze wyjście do domu – o 13:00. Od rana lało. Do chaty wracałem w ulewie. Trasa w Bieszczady zapowiadała się więc mało przyjemnie. Monika urwała się z roboty o 14:00 i ok. 14:15 przyjechała do Gotartowic. Szybkie pakowanie, przebranie w motocyklowe rzeczy, wrzucenie gratów na motocykle i ok. 15:00 mogliśmy ruszać. Na starcie na liczniku CBFy miałem 179858km. ![]() Autostradą A1 dojechaliśmy do A4 i tą mieliśmy zajechać aż pod Dębicę. Na wysokości wjazdu do Katowic zastał nas potężny korek, sięgający węzła Murckowska. Remont drogi i zwężka wszystkich pasów i zjazdów do jednej nitki to naprawdę rzeźnicka mieszanka z godziną 16:00 w piątek. Ale jakoś udało nam się przebić przez te utrudnienie – gdybyśmy pojechali jednym motocyklem z kuframi bocznymi, to pewnie byśmy jeszcze dziś stali w tym bałaganie. Dojazd do punktu poboru opłat odbył się w gęstym ruchu. Na bramkach na szczęście obyło się bez korka. Za bramkami ruch umiarkowany, ale dosyć szybko zaczęło lać. I deszcz trzymał nas aż pod Kraków. Mimo przeciwdeszczówki Monice przemokły buty i rękawice. Ale jechała dzielnie dalej. Na obwodnicy Krakowa ruch był bardzo gęsty – jechaliśmy 60-90km/h. Ale im dalej na wschód, tym robiło się luźniej. I dobrze, bo koniecznie chciałem zrobić sobie zdjęcie, gdy na licznik CBFy wejdzie 180kkm. Udało się to zrobić bezpiecznie na pasie awaryjnym w okolicy zjazdu na Wieliczkę. ![]() ![]() Z autostrady zjechaliśmy w okolicy Dębicy i dalszą trasę zawierzyliśmy mapom gugla. Te poprowadziły nas drogami wojewódzkimi nr 986, 988 i 886 pod Sanok. Po drodze jeszcze uzupełniliśmy paliwo w miejscowości Lutcza, mając ponad 300km w kołach. Była już prawie 19:00. ![]() Do Hoczewa, do naszego ośrodka, dotarliśmy równo o 20:00, zahaczając jeszcze o Biedronkę, w której wyposażyliśmy się w piwko na wieczór. Przejechaliśmy 381km w 5h. Monika spisała się na medal. W ośrodku już urzędowali Nazarejski i Menel. Także swoim przyjazdem zwiększyliśmy pogłowie zlotu o 100% ;). Podczas rozpakowywania się i lokowania w pokoju, przyjechał też Konjo – tym samym byliśmy w komplecie. ![]() ![]() ![]() ![]() Ponieważ zaplanowaliśmy sobie dosyć ambitne jeżdżenie na następny dzień, jak na komendę wszyscy poszliśmy spać w okolicach północy. Sobota, 6 czerwca 2020 r. Obudziłem się po 6:00. Kulałem się jeszcze do ok. 7:20. Przez okno zaglądało nam do pokoju słoneczko i bezchmurne niebo (no, prawie :P). ![]() Monika długo zastanawiała się, czy jechać ze mną na plecaku, czy swoim motocyklem. Miała wątpliwości, czy da radę i czy nie będzie dla pozostałych zbyt wolna. Ale gdy chłopaki zapewnili, że tempo jazdy nie będzie żadnym problemem dla nikogo, wsiadła na CB500 :). Z ośrodka wyjechaliśmy o 9:30. Z Hoczewa pojechaliśmy do Leska, potem do Tarnawy Górnej i z niej puściliśmy się po krętej DW892 w stronę Komańczy. Początkowo jechałem zaraz za Nazarejskim, za mną Monika, a za nią Konjo i Menel. Nazarejski jednak narzucił tak dynamiczne tempo, że aby nie zgubić Moniki, nie mogłem się za nim trzymać. Nazar szybko zaczął nam uciekać, toteż chłopaki z tyłu się zniecierpliwili i nas wyprzedzili. Zostaliśmy z Moniką z tyłu i jechaliśmy swoim tempem. A to tempo wcale nie było takie wolne – na prostych lecieliśmy nieco szybciej, niż sam w zgodzie ze sobą bym jechał, a zakręty brałem spokojnie, obserwując w lusterku jak radzi sobie Monika. A radziła sobie nadzwyczaj dobrze. To, że byliśmy z tyłu, wynikało z doborowej konkurencji, z którą przyszło Monice się mierzyć – chłopaki mają wieloletnie doświadczenie i dziesiątki tysięcy kilometrów w kołach… W Komańczy skręciliśmy na DW897 i zatrzymaliśmy się na stacji paliw. ![]() Pod Ożenną zrobiliśmy sobie dłuższy postój na odpoczynek i ustalenie dalszego przebiegu wycieczki. ![]() ![]() ![]() ![]() Na stacji w Komańczy wylądowaliśmy o 13:00. Przetrąciliśmy jakieś śmieciowe jedzenie na podtrzymanie sił i ustaliliśmy dalszą trasę. Ambitnie – następny odcinek, zawierający fragment dużej pętli bieszczadzkiej, miał zamknąć się dystansem 180km. Monika znowu dosyć długo rozważała porzucenie Cebuli na stacji, gdyż obawiała się, że opadnie z sił. Ale kolejny raz udało się ją przekonać, że w każdej chwili możemy się oderwać i wrócić do ośrodka we własnym zakresie. Nazarejski potwierdził, że wykonywana pętla będzie dawała możliwość powrotu do ośrodka w dowolnym momencie i ten powrót nie powinien być dłuższy niż 50km. ![]() Ale łyżka dziegciu – w CB500 wyrzygały się lagi. Ledwo co w zeszłym roku wymieniałem uszczelniacze i już puściły. Aby nie zalało tarczy hamulcowej zrzuciłem na szybko osłony przeciwkurzowe i powycierałem wszystko pod nimi do sucha. ![]() W Kuźminie wjechaliśmy na DK28. To tam na odcinku od Tyrawy Wołoskiej do wioski Załuż są piękne serpentyny, niczym nie ustępujące serpentynom alpejskim. Mają nawet nazwę - jest to przełęcz Przysłup. Genialne, szerokie i z dobrą nawierzchnią agrafki. ![]() Ale wisienką na torcie wycieczki okazało się jednak to, co chłopaki nazywali przez cały dzień „szybowiskiem”. Z Bezmiechowej Górnej puściliśmy się wąskim asfaltem w stronę Akademickiego Ośrodka Szybowcowego. Już sam dojazd do niego był genialny, a na szczycie zastały nas przepiękne widoki i cudny relaks. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Wstaliśmy o 7:00 rano. Monika chciała być w godzinach około-obiadowych w domu, więc trzeba było w miarę sprawnie się zebrać w drogę powrotną do Rybnika. ![]() Przyszło nam się zatem rozdzielić. Podziękowaliśmy chłopakom za mile spędzony czas, pożegnaliśmy się i o 8:45 opuściliśmy ośrodek. Od piątku Monika mówiła, że chciałaby pojechać nad Solinę. Nie udało nam się to w sobotę, więc zdecydowaliśmy się spróbować zrobić to z rana. Dzieliło nas od zapory kilkanaście kilometrów. Nad Jezioro Solińskie dojechaliśmy ok. 9:00. Tam oczywiście wszystkie parkingi były płatne. Nie chciało nam się wyskakiwać z waluty dla jednego zdjęcia, więc zajechaliśmy nieco wyżej i zaparkowaliśmy motocykle przy drodze. Przez las zeszliśmy nad taflę wody, ale niestety z miejsca, do którego doszliśmy, zapory widać nie było. ![]() ![]() Przy okazji tankowania wykonaliśmy sobie kawę. Było południe i zrobiło się upalnie. Prognozy pogody zapowiadały mały Armageddon w rejonach Rybnika od godziny 15:00, co panująca duchota i temperatury dochodzące momentami do 30 stopni również zwiastowały. ![]() ![]() Podsumowując? Było mega przyjemnie. Okazuje się, że nie trzeba tłumów, aby dobrze się bawić na zlocie. I choć fajnie byłoby zobaczyć więcej znanych twarzy, które okazję mam oglądać tylko w ramach forumowych zlotów, to wyjazd uważam za bardzo udany. Może następnym razem, na jesień, frekwencja będzie większa. We wrześniu wypada okrągła rocznica – dziesięć lat od założenia forum CBF, które przekształciło się w forum Hoonda. Trzeba będzie odpowiednio ten jubileusz uczcić. Co do Moniki? Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Myślałem, że będzie jej trudniej wytrzymać kondycyjnie tak intensywne trzy dni. A tu taka miła niespodzianka. Nie tylko uradziła. Ba! Dotrzymywała kroku konkretnym wyjadaczom z wieloletnim doświadczeniem. Szkoda, że tak rzadko ma okazję pojeździć, bo ma do tego wrodzony talent… No to cóż, do jesieni! :) |
Copyright (c) by zbyhu |