Alpejskie epitafium

Dzień 7 – Piątek, 31 lipca 2020 r.

Pobudkę ustawiliśmy jakoś na 7:15. Przywitała nas lekko pochmurna pogoda, ale słoneczko już raźnie przezierało przez chmury – aż chciało się wstawać.

Śniadanie serwowano od 8:00 i do tego czasu mieliśmy już wszystko ogarnięte – byliśmy spakowani, kufry wisiały na motocyklu, a my ubrani byliśmy w motocyklowe zbroje.

Po bardzo dobrym i sutym posiłku, ok 8:30 wystartowaliśmy w trasę, z żalem opuszczając to śliczne miejsce. Ale szybko nowe wrażenia sprawiły, że smutek uleciał. Klausenpass (nasza przełęcz numer 32) okazała się bardzo przyjemna. Jechaliśmy momentami po mocno stromym zboczu i świetnym asfalcie.

Soczysta zieleń traw kończyła się ostrym cięciem, ponad którym górowała skalna ściana. Przebijające się przez chmury światło słoneczne padało na skały szerokimi pasmami, a poranne, rześkie powietrze dopełniało wachlarza bodźców, atakujących nasze zmysły.

Jazda o poranku przez tak wysokie i surowe góry ma w sobie coś magicznego.

Klausenpass nie była zbyt wysoka – jej wierzchołek ma zaledwie 1952 m n.p.m. Osiągnęliśmy go przed 9:00. Nie było tam też nic specjalnie do oglądania, więc od razu ruszyliśmy dalej. W dół trasa miała dalej dobrą nawierzchnię i prowadziła dosyć łagodnym spadkiem w głąb doliny. Potem natrafiliśmy na serię serpentyn, a te sprowadził nas do wąwozu, na którego zboczu w jednym miejscu wybijał strumień, przechodząc w pokaźny wodospad.

Ludzie w miejscu tym biwakowali kamperami i namiotami, więc nie zakłócaliśmy ich spokoju – zdjęcia zrobiliśmy z daleka. Im niżej byliśmy, tym wyższe masywy nas otaczały i dosyć długi czas jechaliśmy prostym odcinkiem wzdłuż niewielkiego strumienia. Co rusz widzieliśmy świetne miejscówki na piknik i tylko brak potrzeby postoju sprawił, że z nich nie skorzystaliśmy.

Koniec trasy można przyjąć stanowiła wioska Linthal, do której sprowadziła nas ostatnia seria serpentyn.
W dalszym planie na ten dzień mieliśmy zaliczenie Silvretty, co nam się nie udało kilka dni wcześniej. Z samego rana, jeszcze na hotelowym wifi sprawdziliśmy, że jest już przejezdna. Mieliśmy do niej jednak dosyć długi i pusty tranzyt.
I tu z pomocą przyszedł nam przewodnik – przy niewielkim nagięciu trasy na Silvrettę, mogliśmy zaliczyć bardzo mało znaną i niepozorną przełęczy Schwägalp Pass. Co prawda i do niej mieliśmy ok. 100km tranzytu po szwajcarskich drogach w dosyć zurbanizowanym terenie, ale zawsze to jedna więcej przełęcz na naszej liście ;).
Na dotarcie do Schwägalp Pass (nr 33) zeszła nam przeszło godzina, podczas której trzymaliśmy się kolejno dróg nr 17, 8 i 16.
No i cóż mam powiedzieć. Przyjechaliśmy na tę trasę zepsuci poprzednimi widokami i masą wrażeń. Sprawiło to, że przełęcz nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia.

Asfalt miała dobry, biegła długimi odcinkami przez tereny leśne i gdzieniegdzie nawet przedzierały się przez drzewa ładne panoramy na otaczające nas góry. Ale nie było w tym niczego spektakularnego. Punkt szczytowy przełęczy, choć nie całej trasy, znajdował się na pagórku o wysokości 1300 m n.p.m i zdobyliśmy go ok. 10:45. Aby dotrzeć jeszcze wyżej, trzeba było odbić w ślepą odnogę trasy, ale tego nie zrobiliśmy. Wiedzieliśmy z przewodnika, że jest tam tylko parking i dolna stacja kolejki linowej, którą można wyjechać na górę Säntis. To jednak nie było w naszym grafiku, więc uznaliśmy, że zdobywanie pozostałych 70m wzniesienia nie ma za bardzo sensu.

Za punktem szczytowym trafiliśmy na kilka całkiem przyjemnych serpentyn, jednak spory ruch nie pozwolił nam z nich w pełni skorzystać. I dosyć szybko wyjechaliśmy potem w tereny niemal równinne, sięgające aż do wioski Appenzell.

Nawigacja poprowadziła nas w stronę Feldkirch, ale jeszcze przed Eichbergiem zrobiliśmy sobie ok. 11:30 postój w lesie, aby nieco odpocząć od motocykla.

Granicę z Austrią przekroczyliśmy kwadrans później, a w rejon Silvretty pognaliśmy autostradą A14 odcinkiem z Feldkirch do Brunnenfeld. Zjeżdżając z drogi szybkiego ruchu zapięliśmy krajówkę nr 188 i ta zawiodła nas wprost na przedostatnią przełęcz wyprawy – już 34 na naszej liście.
Silvretta Hochalpenstrasse.
Oczywiście – jak to w Austrii – była płatna.
W głowie miałem takie przeświadczenie, że to ostatnia przyjemna, prawdziwa przełęcz na naszym wyjeździe. I płakać się chciało, że to już koniec…

Na trasę wpadliśmy od zachodu, więc na początek trafiła nam się wspinaczka po serii ciasnych serpentyn, biegnących po stosunkowo lesistym zboczu. I zrobiliśmy ją praktycznie bez postojów, ciesząc wafla na każdym zakręcie. Gdyby Monika nie robiła zdjęć podczas jazdy, to nie byłoby czego publikować ;).

Wspinaczka doprowadziła nas do zapory i sztucznego jeziora Vermuntstausee. Jego kolorystyka, na tle gór spowitych w groźnie wyglądających, ciemnych chmurach, robiła piorunujące wrażenie. Dlatego gdy tylko zobaczyłem szutrową pochylnię, którą dało zjechać się nad samą taflę wody, od razu to uczyniłem. Przyjemnie było zatrzymać się w takim miejscu, zdjąć kask i nieco nacieszyć się chwilą. Puszczanie kaczek (choć nieudolne) przy takich widokach zostanie ze mną na długo…

Dalej trasa biegła wzdłuż lewego brzegu jeziorka, by po jego opuszczeniu zaoferować nam jeszcze kilka serpentyn przy ślicznych widokach.

Szczyt przełęczy (2032m n.p.m.) to kolejna zapora, kolejne jezioro Silvretta-Stausee, ale zero spokoju.

Pełny parking i sporo turystów nie nastrajały do dłuższego postoju. Ograniczyliśmy się tylko do kilku zdjęć i ruszyliśmy w dół. I w zasadzie poza dwoma zakrętami na początku, cała reszta trasy to był łagodny, niezbyt wymagający zjazd w głąb surowej doliny o szczątkowej roślinności.

Wzdłuż drogi, raz z lewej, raz z prawej, płynął potok Trisanna, który ok. 13:30 skusił nas na popołudniową sjestę. Zostawiliśmy  motocykl na poboczu drogi i zabrawszy ze sobą jakieś przekąski, oddaliliśmy się od asfaltu wzdłuż koryta rzeczki. Dosyć szybko znaleźliśmy ustronne miejsce, gdzie mogliśmy spokojnie usiąść i zanurzyć nogi w lodowatej wodzie. Ciemne chmury, które towarzyszyły nam do szczytu przełęczy, zupełnie rozwiało i słońce przypiekało intensywnie.

Pierwszy raz na tym wyjeździe naprawdę daliśmy sobie trochę więcej czasu na kontakt z naturą. Spędziliśmy tam blisko godzinę, wylegując się na trawie i chłodząc stopy w potoku. Czułem, że coś się kończy, a tak bardzo tego nie chciałem…
Ciężko było mi wrócić na motocykl, ale ok. 14:30 uznaliśmy, że to już czas.

Na dół przełęczy zabrała nas śliczna droga o łagodnych łukach, po której motocykl sprawiał wrażenie, że frunie. Trasa nie była obciążona ruchem, więc nic nam nie przeszkadzało i płynnie zjechaliśmy do cywilizacji.