.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dzień 48 – 5.08.2005 r.

Około 6:00 rano obudziły mnie jakieś podejrzane dźwięki, które dochodziły z miejsca dokładnie ponad moją głową. Gdy przejrzałem na oczy i spojrzałem w górę, zobaczyłem… szczęki jakiegoś zwierza, które usiłowało zeżreć nasz namiot!!
Przywaliłem przestraszony ręką w płótno namiotu i to coś na zewnątrz przestało ogryzać nasz dom. Spojrzałem niespokojnie na Krzycha, a ten ze stoickim spokojem stwierdził, że „jakieś zwierze tam łazi” :).
No to spoko – śpimy ;).
Podniosłem się około 8:00 rano. Nasz intruz dalej się kręcił w pobliżu, więc wyjrzałem na zewnątrz i moim oczom ukazała się morda… kucyka :). Przylazł pod nasz namiot, łaził wokół kilka godzin, obesrał wszystko co się dało i około 9:00 zniknął…

Od 8:00 łatałem kombinezon. Igła, nici i jechane. Bawiłem się do około 10:00, a i tak nie zdołałem wszystkiego zaszyć…
Po śniadaniu, ubraliśmy na siebie przemoczone ciuchy motocyklowe i w deszczu zwinęliśmy namiot. Po objuczeniu naszych wiernych motorków bagażami – ruszyliśmy w dalszą drogę ku Dale.
Dotarcie do tego miasteczka, wreszcie zakończyło etap powrotu z Ortnevik i znowu jechaliśmy nieznanymi nam drogami :).
Pomknęliśmy w kierunku miasteczka Voss drogą E16. Deszcz padał, ale już nie tak intensywnie jak dnia wczorajszego.
Po drodze minęliśmy parkę na starym motocyklu BMW. Po rejestracji Krzychu poznał, że byli to Amerykanie. I tak się złożyło, że dożo dalej, w samym Voss, zatrzymaliśmy się na tej samej stacji benzynowej co oni. Zamieniliśmy więc z nimi kilka słów. Okazało się, że na swoim motocyklu zjeździli już pół świata, a w najlepszych latach ich wyprawy trwały nawet po 6 miesięcy. Oboje na oko mieli coś w okolicach 60 lat :). Twardziele!

Kiedy już się nagadaliśmy, zwiedziliśmy kibelek a pogoda nieco się uspokoiła – ruszyliśmy w dalszą drogę.

Mieliśmy zamiar wracać po drugiej stronie tego samego fiordu – Sor – wzdłuż którego jechaliśmy do Bergen, ale pomyliliśmy drogi i pojechaliśmy w góry, trasą nr 50. W sumie nawet dobrze się stało, bo tam WRESZCIE zaczęło się przejaśniać :D.

Na krótkich postojach grzałem sobie ręce o silnik.

Korzystając więc z chwilowego słoneczka, między Vinje a Gudvangen zatrzymaliśmy się na parkingu, rozwiesiliśmy mokre rzeczy na motocyklach do suszenia (hehe, nie ma to jak ciepły silnik i wydech :P)…

… a sami, na balach ściętych drzew ugotowaliśmy sobie obiadek :).
Po obiedzie, zaryzykowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę bez kombinezonów przeciwdeszczowych. Słoneczko się nawet utrzymywało, to od razu chciało się jechać. Choć mokry tyłek ciągle powodował lekki dyskomfort :P.
Gdzieś po drodze natknęliśmy się na naprawdę przecudne miejsce. Z dużej wysokości rozpościerał się widok na bardzo wysoki i stromy fiord. No po prostu uczta dla oczu…

Droga zrobiła się szeroka i mniej kręta. Ostro też pięła się w góry, a temperatura poleciała na łeb, na szyję… Jednak nam to zbytnio nie przeszkadzało ;).
Przeprawiając się przez góry towarzyszyły nam zarówno piękne widoki, jak i pogłębiający się strach o paliwo :).

Oboje jechaliśmy już na rezerwach, a byliśmy gdzieś na totalnym odludziu… Dlatego też, gdy już opuszczaliśmy pasma górskie, kulając się coraz częściej w dół, na wszelki wypadek zacząłem wyłączać silnik i turlać się „na luzie” ;).
Tym sposobem dobrnęliśmy do miasteczka Hol i z wielką ulgą przywitaliśmy pierwszą stację benzynową :). Spalanko wyszło 4,1l/100km :).
Dopiero tam naprawdę się rozpogodziło. Chmury znikły, a słońce ostro grzało, mimo dochodzącej godziny 19:00.

Z tej też przyczyny postanowiliśmy od razu znaleźć miejsce na nocleg i wykorzystać te ostatnie promienie słońca do suszenia rzeczy.
Zaraz za miastem Hol znaleźliśmy coś, co nam odpowiadało, więc już po chwili po całej wolnej od krzaków przestrzeni, walały się nasze suszące się rzeczy :). I co najważniejsze – większość faktycznie wyschła :D.

Do namiotu musieliśmy schować się już o 21:30, bo zaczęły nas mocno atakować komary. Ale co tam – i tak nie było nic ciekawego do roboty na zewnątrz…
Stan licznika: 52801km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.