.: Moje przygody z motocyklami :.

Skandynawia

Dzień 45 – 2.08.2005 r.

Jeżeli wczorajszy dzień był udany, to ten był udany do kwadratu :).
Ale po kolei…
Już o 6:00 rano obudził nas niesamowity hałas. Zaczął pracować jakiś zakład, który był zaraz za naszym laskiem. Brzmiało to jak gruz wsypywany ze sporej wysokości do stalowych kontenerów czy cuś w tym guście…

Wstaliśmy około 7:30. Jak zwykle wrzuciliśmy trochę chleba w żołądki, po czym zwinęliśmy obóz i przyszykowaliśmy się do drogi.
Opuściliśmy nasz lasek około 9:00. W perspektywie mieliśmy piękną pogodę i wreszcie fiordy, widoki, relaks i… jazdę :).

Dojechaliśmy do Kongsberga, gdzie odbiliśmy w stronę Stengelsrud. Gdy zaś znaleźliśmy się w tej miejscowości, obraliśmy kurs drogą nr 37. Trasa ta prowadziła wzdłuż długiego jeziora Tinnsjo.

Coś cudownego!

Po prostu nie dało się jechać! Co kilka kilometrów zatrzymywaliśmy się, aby uwiecznić na zdjęciach widoki, które rozciągały się przed naszymi oczami…

Jechaliśmy wzdłuż wysokiego masywu górskiego, który rozciągał się po lewej stronie, zaś po prawej w dolinie leżało jezioro, a dalej – druga ściana górskich szczytów. Co lepsze – po prawej za pierwszym pasmem gór rozciągały się dalsze linie szczytów. Podczas jazdy pasma te przemieszczały się w perspektywie, co dawało niesamowite wręcz wrażenie… Trudno to opisać… A nawet gdyby się dało – to z najlepszymi nawet zdjęciami opis nie odda tego co widzieliśmy.
Jak się wkrótce mieliśmy przekonać, jazda wzdłuż tego jeziora to była tylko przygrywka do tego, co nas jeszcze czekało :).

Dojechaliśmy wkrótce do miejscowości Rjukan. Już od kilku kilometrów nad głowami górował nam dumnie szczyt Gausta. Z mapy wyczytaliśmy, że miał 1883 m.n.p.m. My byliśmy w dolinie, niewiele ponad poziomem morza, toteż wrażenie było niesamowite. Miasteczko otoczone zewsząd górami – leżało na dnie tejże doliny. Piękne miejsce…
Na mapie zauważyliśmy, że można wjechać krętą asfaltówką na punkt widokowy, znajdujący się bardzo blisko tej góry Gausta. Nic więcej nam nie było trzeba… 🙂

Droga pięła się stromo na zbocze góry. Suzi trochę się męczyła, ale do czwartego biegu dało się jechać. Po kilku minutach takiej jazdy już patrzyliśmy na Rjukan z kilkudziesięciu metrów wysokości :).
Kiedy droga zaczęła przechodzić do poziomu, oczom naszym ukazały się przecudowne widoki. Tu znowu nie dało się ujechać kilometra bez postoju na zdjęcie. Po prostu tam można było stanąć i podziwiać okolicę całymi godzinami…
Droga wiła się wzdłuż szczytów obsypanych mnóstwem jasnoszarych i białych skał, zazielenionych trawką i skąpymi krzewami.

To tu, to tam porozrzucane były oczka wodne i jeziorka, dopełniające prześlicznego krajobrazu. Panująca cisza, zakłócana jedynie przez pasące się i dzwoniące dzwoneczkami owce, wprawiła nas w iście sielankowy nastrój…

Byliśmy urzeczeni widokami i magią chwili. Dlatego też mimo młodej pory – była dopiero 13:00 – postanowiliśmy właśnie tam zatrzymać się na obiadek :).
No i już po chwili kuchenka poszła w ruch. Słoneczko świeciło, wiał lekki wietrzyk, a my na kamieniach spożywaliśmy ciepły posiłek. Motocykle stały zaparkowane wśród rozrzuconych skał.

To one nas tu dowiozły, to one dawały nam poczucie absolutnej, pełnej wolności… W każdej chwili mogliśmy wsiąść na te maszyny i pojechać dalej, gdziekolwiek, gdzie tylko dusza zapragnęła… To było życie!
Całego dnia spędzić tam jednak nie chcieliśmy. Tyle na nas jeszcze czekało!
Po obiedzie zebraliśmy się więc w dalszą drogę. Ja początkowo miałem problem, żeby w ogóle ruszyć, gdyż siedząc już na motocyklu, dopadły mnie owce :). Otoczyły mnie i zaczęły wylizywać mi opony i silnik :).

Bardzo sympatyczne to było i nawet chętnie bym postał tam jeszcze wśród tych poczciwych zwierząt, ale Krzychu już czekał, a czas naglił. Odpaliłem więc silnik – owce się przestraszyły i pozwoliły mi odjechać…
Wracaliśmy na dół tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Po drodze dalej aparat nie miał spokoju, ale w końcu znaleźliśmy się na powrót w Rjukan i pomknęliśmy w dalszą drogę trasą nr 37.
Dobrnęliśmy w okolice miejscowości Krossen, gdzie odbiliśmy w prawo na drogę 362. Przebiegała ona wzdłuż jeziora Totak, które mieliśmy od tej pory po lewej stronie.
No i jak wcześniej. Postój, zdjęcia, jazda… I tak w kółko :).

Tam po prostu gdzie by się człowiek nie zatrzymał, zawsze było coś wartego zdjęcia :).

Droga 362 w końcu łączyła się z główną trasą E134, którą też pomknęliśmy dalej w kierunku Bergen.
Droga prosta, równa i szeroka. Mały ruch, dobra pogoda – nic tylko jechać :). Aż tu nagle… korek! Pierwszy raz od Oslo zobaczyliśmy ten wytwór cywilizacji…
Zaczęliśmy się przepychać na czoło korka. I już po chwili wiedzieliśmy co jest grane. Prace remontowe w tunelu. Pojazdy przepuszczane były raz na jakiś czas.
Postaliśmy kilka minut, ale mnie się to szybko znudziło. Rozejrzałem się naokoło i dostrzegłem, że nad tunelem coś jeździ. Skoro tak, to może my też możemy? ;).
Po prawej stronie była droga szutrowa, więc wjechaliśmy na nią. Ominęliśmy jakiś szlaban i… eureka! 🙂 Była droga objazdowa, prowadząca ponad tunelem :).
Ciasno tam było jak cholera, a samochodów trochę się tamtędy pchało. Ale szybko wybór objazdu okazał się strzałem w dziesiątkę…
Po lewej stronie ukazał nam się przepiękny widok na góry, pokryte czapami śniegu, u podnóża których rozpościerało się spore jezioro. Słońce tak niesamowicie oświetlało wodę, że widok był wręcz urzekający…
Oczywiście zatrzymaliśmy się i zrobiliśmy sesję zdjęciową.

Jak teraz wspominam tamto miejsce z perspektywy czasu, to muszę przyznać, że było najpiękniejsze ze wszystkich, które widziałem w Norwegii…

Po jakimś czasie z wielkim żalem opuściliśmy to urokliwe miejsce i pojechaliśmy objazdem dalej. Tunel ominęliśmy i dobiliśmy z powrotem na drogę E134.
Tym razem pojechałem przodem. Zazwyczaj to Krzychu, jako weteran takich wyjazdów, prowadził. Ale, że droga była prosta jak banan, to zachciało mi się ciut poszarżować ;).
Rozbujałem się do 120-130km/h i leciałem przez zmieniający się z każdą chwilą krajobraz. Coraz więcej czap śnieżnych, coraz wyższe i ostrzejsze zbocza gór. Coraz też chłodniej się robiło, więc przed wjazdem do kolejnego tunelu – zatrzymałem się, by poczekać na Krzycha.

Gdy ten dojechał, uznaliśmy, że lepiej będzie znowu pojechać objazdem, nie zaś tunelem. Dużo więcej można było w ten sposób zobaczyć. Przy okazji postoju ubraliśmy się też cieplej i – of korz – porobiliśmy kolejne zdjęcia :).

Gdy ruszyliśmy dalej – objazdem, szybko okazało się, że dokonaliśmy dobrego wyboru. Droga po chwili zaczęła przebiegać wzdłuż ściany… ze śniegu :). Nie można było oczywiście przejechać koło niej obojętnie. Postój, aparat i chwila zadumy… W sierpniu śnieg? 🙂

Jedziemy dalej.

Objazd szybko się skończył i wróciliśmy (który to już raz?) na E134. Ale znowu nie było nam dane zajechać daleko, bowiem tym razem zatrzymał nas przepiękny widok na… drogę ;).

Z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, wijąca się w terenie asfaltówka była świetnie widoczna i niesamowicie komponowała się z krajobrazem. Przy takich winklach chyba każdy motonita chciałby zrobić sobie zdjęcie :). Gdyż to właśnie zakręty, to to co tygryski lubią najbardziej… ;).

Niestety przy uwiecznianiu tego miejsca – zdechł nam aparat. Nie ma się co dziwić – cały dzień bez wytchnienia go maltretowaliśmy.
W takim układzie, mimo młodej godziny, postanowiliśmy poszukać płatnego kampingu na nocleg, gdzie dałoby się podładować baterie. Nie mogliśmy przecież stracić tylu zdjęć, jakie jeszcze przecież w perspektywie mieliśmy zrobić w tak pięknym kraju, jakim jest Norwegia!
Droga poprowadziła nas do miasteczka Roldal. Było przepięknie usytuowane w dolinie i było otoczone zewsząd górami. Człowiek czuł się tam trochę jak w studni, której ścianami były strzeliste, zalesione szczyty górskie.

Już o 19:30 nasz płócienny domek stał na polu namiotowym. Cena nie była powalająca, więc mogliśmy sobie na to pozwolić.
Zalety kempingu były oczywiste – kuchenka, gdzie mogliśmy spokojnie ugotować ciepłą kolację, kibelki, prysznice (płatne, ale zawsze), no i oczywiście ujęcia prądu ;). Zaraz zatem dwie komórki i aparat zaczęły połykać pożywne elektrony, a my – zupki chińskie :).
Koło namiotu mieliśmy wygodną ławkę ze stołem, dzięki czemu spokojnie mogliśmy przeanalizować i opisać ten niesamowity dzień, oraz zaplanować z mapą w ręku dalszą trasę…

Suzi spisała się tego dnia na medal. Od wjazdu do Danii nie musiałem uzupełniać w silniku oleju, co wcześniej mi się nie zdarzało. 800km i pół litra zżerała :). Ciekaw jestem, dlaczego przestał jej smakować?
Jedynym mankamentem były ciężkie sakwy, od których prawa owiewka zaczęła się poddawać. No, ale takie życie. Się jeździ, się zużywa…
Licznik dzisiaj podkręciłem do 51973km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.