.: Moje przygody z motocyklami :.

Obóz pracy w Anglii

Dzień 1 – 22.06.2007 r.

Pobudka o 5:30 rano. Rzut oka za okno… Pochmurno, ale bez deszczu. Czyli póki co – ujdzie ;].
Zjadłem szybkie śniadanie i o 6:00 poszedłem po motocykl. Wytoczyłem bestię z garażu, spisałem przebieg początkowy wyprawy – 22610km i po szybkim tankowaniu zajechałem pod blok. I standardowo zaczęła się operacja mocowania bagażu, co z uwagi na kufry i doświadczenia z poprzednich wypraw, poszło nadzwyczaj sprawnie.

Objuczam sprzęta. To już trzeci raz! 🙂

Z Arturem umówiony byłem o 7:00 w Gliwicach, ale chwile przed tym, jak chciałem ruszyć, dostałem od niego błagalnego smutasa o godzinę opóźnienia wyjazdu. Trochę się wkurzyłem, bo chcieliśmy zrobić tego dnia przeszło tysiąc kilometrów, a na to trzeba jednak czasu. Pogoniłem więc Artura i sam, trochę zwlekając, wystartowałem ok. 7:00 do Gliwic.
Na umówionej stacji BP byłem o 7:30. Dopompowałem sobie koła w motocyklu i akurat gdy tę czynność kończyłem – pojawił się Artur na swojej żółtej bestii :).

I wreszcie – z godzinnym opóźnieniem – wpadliśmy na autostradę A4 i pomknęliśmy w stronę niemieckiej granicy. Zapięliśmy 130km/h i walcząc z nieustępliwym wiatrem, jednym skokiem dokopyrtaliśmy się do Wrocławia :). Była już 9:30.
Na stacji niemiła niespodzianka… Spalanie 6,5l/100km! U Artura nawet gorzej – przeszło 7l na setkę… Doszliśmy do wniosku, że to ten porywisty wiatr tak potężnie obciążał nasze biedne maszyny… Na pocieszenie mieliśmy tylko to, że pogoda wydawała się z każdym kilometrem poprawiać. Mokry z początku asfalt wysechł po drodze zupełnie, zaś w pokrywie chmur coraz częściej pokazywały się niebieskie okna :).
Kolejny skok – nieco szybszy, bo z przelotową 140km/h – i już stacja pod granicą, w okolicach miejscowości Forst. Nie zjechaliśmy na Zgorzelec, bowiem tym razem postanowiłem sprawdzić alternatywną trasę do Anglii, w większości opierającą się o niemiecką autostradę A2. Biegnie ona równolegle do trasy sprzed roku, tyle że jest wysunięta bardziej na północ.
Z tego ostatniego „polskiego etapu” wspominam najlepiej odcinek naszej A18, od Zgorzelca po samą granicę. Był zupełnie pusty, asfalt idealny… Tam to miło było poszarżować slalomem przez obydwa pasy autostrady :).
W okolicach godziny 11:00 opuściliśmy nasz piękny kraj i wjechaliśmy do Fatherlandu. Skierowaliśmy nasze rumaki na Berlin, by na ostatnim węźle przed miastem odbić w stronę Magdeburga :).
Już na pierwszej niemieckiej stacji benzynowej zaczęła się moja odwieczna gehenna z TDMką. Rzut oka w okienko wskaźnikowe poziomu oleju uświadomiło mi suszę panującą w silniku… Aptekarska dolewka – na oko pół litra – i rajza dalej…

W okolicach Magdeburga znaleźliśmy się około godziny 15:00. I uznaliśmy, że pora to adekwatna, by coś w końcu zjeść.
Znalazła się ławka, kuchenka buchnęła płomieniem, flaczki ze słoika zabulgotały. Wszystko robiliśmy w pośpiechu, bowiem mimo już pokonanych sześciuset kilometrów, przed nami ciągle było kolejnych czterysta do przejechania…

Około 16:00 wystartowaliśmy w dalszą drogę i nie ociągając się, parliśmy ile fabryka dała. Zatrzymywaliśmy się w zasadzie jedynie na tankowanie, co 150-180km. Ja oczywiście co drugie tankowanie musiałem dolewać oleju do motocykla… 🙁
Ominąwszy Magdeburg, pokierowaliśmy się w stronę Hannoveru, a potem na Dortmund, gdzie znaleźliśmy się w okolicach godziny 18:00. Tam też na stacji zrobiliśmy sobie nieco dłuższą przerwę. Glebnęliśmy się na świeżej trawce i leżeliśmy tak przez kilka minut. W kołach już mieliśmy około 900km, toteż tyłki nam z wolna odmawiały współpracy… 🙂

Po tym odpoczynku, gdy tylko opuściliśmy stację, naszym oczom ukazała się ogromna, bura chmura. I niestety nie w lusterkach wstecznych… Szarżowaliśmy prosto w niezgorszą ulewę…
Pierwszy napotkany parking był zatem nasz. Wbiliśmy się w nasze przeciwdeszczowe kondony i gdy tylko usiedliśmy z powrotem na motocykle, już pierwsze krople zaczęły atakować nasze kaski… 🙁

Naszym celem tamtego dnia było Essen. Tam mieszka rodzinka Artura, u której zamierzaliśmy przegonić noc. Problem był tylko jeden – Artur nie miał bladego pojęcia jak do swoich krewnych trafić. Dał mi wydrukowaną w Polsce mapkę i tyle ;).
No i jak to w życiu bywa, podczas największego sprawdzianu nawigacyjnego tego dnia, miałem też najmniej sprzyjające warunki pogodowe… Przez 900km tego dnia było względnie, a na ostatnią setkę i błądzenie po dużym obcym mieście, deszcz napierał jak tylko potrafił najmocniej.
Na obrzeżach Essen znaleźliśmy się około 20:00. I przez następną godzinę błądziliśmy po centrum, raz po raz pytając przechodniów o drogę. Ale w końcu jakoś, mimo przeciwności, doprowadziłem nas pod same drzwi rodziny Artura :).
Wreszcie mogliśmy definitywnie zejść z motocykli. Mieliśmy dość ;]. Na liczniku widniało 23656km, zatem pokonaliśmy tego dnia 1046km w 13 godzin. Niezły rezultat!

Tak nocowały motorki w Niemczech.

Rodzinka Artura przyjęła nas niezwykle gościnnie. Suta kolacja, gorąca, życzliwa atmosfera…

Artur z ciocią.

Przytulnie, ciepło, sucho :). Czegóż chcieć więcej?
Okazuje się, że można ;). Po kolacji zostaliśmy zaproszeni do altanki znajdującej się w ogrodzie i tam poczęstowano nas Whiskey z Colą :). Miło! Było już grubo po północy, gdy wymęczeni do cna udaliśmy się na spoczynek. Wujek Artura przygotował nam legowisko w obszernym salonie i po małej prezentacji telewizora plazmowego wielkości boiska piłkarskiego z kilkunastoma milionami kanałów ;), około 1:00 w nocy położyliśmy się spać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.