.: Moje przygody z motocyklami :.

Majowy wypad na Węgry

Dzień 3 – 1 maja 2006

Jako, że domki mieliśmy opuścić już o 10:00 – wstałem godzinę przed tym terminem. Oczywiście wszyscy jeszcze spali…
Umyłem się, spakowałem graty i poszedłem na rekonesans po ośrodku, dowiedzieć się, jakie są plany na dziś.
Około 10:00 dowiedziałem się, że domki opuszczamy, graty pakujemy do Matiza, motocykle zostawiamy na parkingu w ośrodku i – idziemy płaszczyć się na baseny :).
Szybko przebrałem więc motocyklowe portki w normalne dżinsy, sakwy zaniosłem do samochodu, a motorek przestawiłem na parking.

Matiz był wypchany naszymi bagażami po sam dach :D.

Faktycznie wyprowadzić się z domków udało nam dopiero 45 minut po terminie, ale na szczęście nikt z tego powodu kłopotów nie robił. Poszliśmy zatem zapłacić za nocleg i wtedy zaczęła się zabawa.
Na każdy domek – faktura. Nasz był wypisany na Browara i niestety spadł na niego obowiązek podpisywania jakichś świstków… Było tego sporo, a co lepsze – nic nie można było zrozumieć, bo faktury oczywiście napisane były w języku węgierskim. Browar śmiał się, że podpisuje pismo, w którym zrzeka się swojego motocykla :P.
Potem wyszła sprawa biletów na baseny. Okazało się, że kupując je tu, na kempingu, można zapłacić 700 forintów – o 200 mniej niż na samym basenie. No to super, jako studenci oczywiście na to poszliśmy. Okazało się jednak, że trzeba do tego biletu mieć… zdjęcie! Przypominam, że chcieliśmy kupić jednodniowy bilet na basen… Na szczęście ostała mi się jedna fotka z czasów, jak dorabiałem ją do paszportu. Browar też miał, więc mogliśmy bawić się w to wszystko dalej – a ekipa czeka.

Poranki bywały naprawdę trudne! 😉

Babka wypisała nasze personalia, wydrukowała faktury (!), Browar znowu wszystko podpisywał (nie wiedzieć czemu wszystkie bilety były na jego nazwisko)… Potem nasze zdjęcia zostały zalaminowane razem z biletem i – wreszcie – mogliśmy iść popływać… Rzeźnia :P.
Zanim jednak udaliśmy się na baseny – trzeba było coś przekąsić na śniadanie. Wpakowaliśmy się do tej samej knajpy, co dzień wcześniej. Zamówiłem sobie coś w rodzaju placka, pokrytego serem i sosem czosnkowym :). No, muszę przyznać, że było to naprawdę dobre, aczkolwiek bardzo ciężkie i tłuste. Ale nie żałowałem :P.
Baseny były po drugiej stronie ulicy, przy której była „nasza” knajpa. Po posiłku mieliśmy zatem już blisko ;).
Pogoda niestety nie była basenowa, gdyż temperatura sięgała zaledwie 17 stopni, a nad głowami kłębiły się nam ciężkie chmury, z których nawet czasem lekko kropiło.
Ale twardo – idziemy pływać!
I tu kolejny problem. Kompleks basenowy był ogromny, na ulotkach atrakcji do cholery i ciut, ciut, jednak rzeczywistość okazała się nieco inna. Czynne były tylko dwa baseny termalne, brodzik i niewielki basen ze sztuczną falą (która przez większość czasu nie działała). Baseny pływackie – dwa lub trzy – były puste, bez wody. Zjeżdżalnie zatem też nieczynne, a te, które – na samym końcu kompleksu – działały, były dostępne za dodatkową opłatą. Także w sumie bilet wstępu był niewiele wart ;].
No ale co zrobić. Kasa już poszła, więc trzeba było brać, co dawali. Wpakowaliśmy się więc wszyscy do basenu termalnego i grzaliśmy sobie tam tyłki :P.

PGR do fotki ukazał swoją lepszą twarz 😉

Co twardsi poszli po jakimś czasie do tych zimnych płytkich basenów, a pod koniec uruchomili na parę minut sztuczną falę, więc i tam się na chwilę wpakował Brat z ekipą. Dla mnie było za zimno :P.

Po 14:00 lwia część ludzi postanowiła opuścić już kompleks basenowy i udać się do centrum na obiadek. PGR, Browar i jego dziewczyna jednak zostali, gdyż stwierdzili, że skoro zapłacili, to nie wyjdą tak szybko :P. Ja tam wolałem coś wszamać przed jazdą, gdyż na 16:00 byliśmy umówieni na odjazd pod Budapeszt.
Razem z Bratem i Wojtasikiem połaziliśmy chwilę po centrum Hajduszoboszlo, ale w końcu i tak ja wylądowałem w tej samej co zawsze knajpce. Zamówiłem skromnie hamburgera i herbatę, bo specjalnie głodny jeszcze nie byłem, a budżet też miałem ograniczony ;).
O 16:00 wylądowaliśmy w ośrodku. Przytroczyłem bagaże do motorka i jak zwykle byłem jednym z pierwszych gotowych do jazdy. Jednak punktualność na takim wyjeździe się nie opłaca – reszta potrzebowała jeszcze sporo czasu na powrót do ośrodka i pakowanie :P.
Wyciągnąłem się zatem na motocyklu i byczyłem się tak długo, aż reszta wycieczkowiczów wróciła na parking.

Dopiero gdy już na serio wszyscy zaczęli zbierać się do drogi, wlazłem w swoją „zbroję” i odpaliłem do rozgrzewki silnik.
Wreszcie ruszyliśmy. Już nie pamiętam gdzie, ale po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na tankowanie – tym razem jednak poszło ono sprawnie :).
Kiedy ruszyliśmy w kierunku Budapesztu, szybko okazało się, że i tym razem nie będzie to niedzielna przejażdżka. Wkulaliśmy się na drogę nr 4 prowadzącą bezpośrednio do naszego docelowego miasta – trasa była prosta, równa i… szybka :).

Początkowo nie miałem kłopotu utrzymać się w peletonie, jednak gdy zaczęło padać – zrobiło się gorzej. Deszcz rozchlapał się na całego, więc znowu widoczność w kasku była ograniczona – przetarcie szybki rękawicą powodowało powstanie na jej powierzchni warstewki wilgoci, która niesamowicie rozmywała obraz… Zacząłem więc zostawać w tyle. Po prostu nie widziałem, czy mogę wyprzedzać czy nie, a przekraczanie osi jezdni i kolein wydawało mi się ryzykowne. Prowadzący, łącznie z Matizem, szybko mi w tych warunkach pouciekali… Twardo za mną trzymał się ciągle Wojtasik i razem też zatrzymały nas w końcu światła – z paroma jeszcze motocyklami. Grupa prowadząca zwiała nam na dobre…
Jednakże jakoś od tych świateł, mimo ciągle padającego deszczu, poczułem się pewniej. Być może za sprawą testu śliskości asfaltu – na początku deszczu kurz i brud z powierzchni drogi, połączony z niewielką ilością wody, pod butem sprawiał wrażenie lodowiska… Później, kiedy syf się rozmył, asfalt wydał się dużo mniej śliski, a dokładając do tego dużą jego szorstkość (rzadko spotykaną w Polsce) – moja pewność zdecydowanie wzrosła. Lepiej też – nie wiedzieć czemu – widziałem przez mokrą szybkę kasku, więc zacząłem trochę poganiać. Zostałem wówczas – rzec można – prowadzącym „grupę środek”. Cała nasza ekipa bowiem rozpadła się na trzy grupy – najszybszych, którzy nie bali się Boga na początku deszczu; nieco powolniejszych, do której należałem i najostrożniejszych – którzy nie przekraczali 100km/h. Do niej należał mój Brat – niepewny o prawidłową pracę silnika swojego motocykla w warunkach dużej wilgoci…
Enyłej… Kiedy włączyło się zielone na wspomnianych wcześniej światłach, zaczęła się ostra jazda. Całe szczęście nie wiem jak szybko było, choć na pewno prędkości nie były małe. Dość powiedzieć, że po jakimś czasie udało mi się, a raczej całej naszej grupie, dogonić prowadzących…
Niedługo później – przestało padać. Grzaliśmy zatem dalej całkiem dynamicznie w stronę Budapesztu, jednak ja niepokoiłem się, że nie mogłem w lusterkach wstecznych dostrzec Brata. Dałem się więc wyprzedzić przez całą kolumnę, ale faktycznie Wojtka na końcu nie było. Zacząłem więc z kolei wyprzedzać wszystkie motocykle, a gdy zrównałem się z prowadzącym Staszkiem, dałem mu znać, żebyśmy się zatrzymali.
Stanęliśmy na poboczu, wyjaśniłem o co chodzi i wspólnie postanowiliśmy poczekać.

Wysłałem esa do Brata, ale pozostał on bez odzewu. Uznałem zatem, że jedzie :). Podjęliśmy więc decyzję doturlania się do najbliższej stacji benzynowej, by tam na Wojtka poczekać.
Stacja faktycznie znalazła się parę kilometrów dalej. Wszyscy zaparkowali swoje graty, a ja zatrzymałem motorek przy drodze, żeby przypadkiem Brat nie przeoczył miejsca naszego postoju. I po chwili ŁYsY nadjechał z dwoma jeszcze motocyklami :).

Na stacji Brat wzbudził powszechną sensację, ponieważ deszcz zalał mu dokumentnie buty. Gdy więc tylko zsiadł z motocykla, zdjął je z nóg i z każdego wylał spore jezioro :P. Ciekawie to wyglądało – gość w kasku, zbroi motocyklowej i… z bosymi stopami łażący po stacji ;).

Na stacji paliw zatrzymaliśmy się na dłużej. Marian walczył z mapą, zaś inni zamawiali rozgrzewające herbaty i kawy. Również pokusiłem się o ten drugi napój, jednak zamiast porządnej filiżanki kawy, dostałem naparstek z mocnym jak cholera Espresso. I czym tu się rozgrzać? 😉
Kiedy już mieliśmy ruszać w dalszą drogę, Brat zagadnął dwóch węgierskich motocyklistów, którzy również zatrzymali się na tankowanie. Bardzo płynnie posługiwali się językiem angielskim, co nam mocno ułatwiło (żeby nie powiedzieć – umożliwiło) komunikację…
Okazało się, że nasi nowi znajomi wracali z Rumunii i mieli w kołach już ok. 700km. Szacunek! Dowiedzieliśmy się również, że są z Budapesztu, więc tak od słowa do słowa zahaczyliśmy ich w końcu o możliwość noclegu dla naszej ekipy gdzieś w okolicach Budapesztu. Jeden z Węgrów powiedział nam wówczas, że ma znajomego, który prowadzi taki ośrodek z noclegami i zaoferował nam informacje na temat ilości wolnych miejsc i cen.
W ten sposób zeszło nam wspólnie na pogawędce jakieś pół godziny.

W tym czasie nasz Węgier wykonał kilka telefonów i przedstawił nam ofertę ośrodka prowadzonego przez jego znajomego. Ponieważ jednak okazała się ona ciut dla nas za droga, wzięliśmy tylko namiary na ten ośrodek, podziękowaliśmy grzecznie za pomoc, pożegnaliśmy się i… pojechaliśmy dalej w stronę Budapesztu licząc na znalezienie tańszej oferty :).
I taka się znalazła. W okolicach miejscowości Monor zjechaliśmy na stację benzynową, obok której Marian dostrzegł restaurację, za którą były podejrzanie wyglądające domki. Szybko znalazł się też właściciel, który okazał się Ukraińcem – dogadywać się trzeba było przy pomocy języka rosyjskiego. U Mariana z tym językiem nie ma kłopotów, więc szybko doszliśmy do porozumienia i zapadła decyzja – zostajemy!
Ośrodek był śliczny. Kilka domków ustawionych w krąg, krytych strzechą, a w środku zupełnie nowocześnie urządzonych. Mogliśmy do środka kręgu domostw wprowadzić motocykle, co bardzo pozytywnie wpływało na morale 😉 – jednak lepiej mieć sprzęta na oku, niż gdzieś na parkingu, poza zasięgiem wzroku. Opłata 2500 forintów (ok. 42zł) za nocleg od łebka może nie była najniższa, ale jak na warunki okolic Budapesztu – niewygórowana. Standard i klimat tego miejsca wszystko rekompensował z nawiązką :).
Dostał mi się domek trzyosobowy, do którego wprowadziłem się – tradycyjnie – z Browarem i Gosią. Oni zajęli łoże małżeńskie, a ja osobne, pojedyncze łóżko.

Tak wyglądał nasz pokój. Ekipa się stołuje :).

Kiedy wszyscy już rozgościliśmy się w domkach, razem z Bratem udaliśmy się do wspomnianej restauracji na kolację. Zamówiłem sobie pierś z kurczaka nadziewaną serem z frytkami i piwo. Jedzonko było naprawdę pierwszej klasy!

Wkrótce restauracja zapełniła się po brzegi – przyszli wszyscy. No i impreza zaczęła się na całego :). Zamówienia sypały się jedno za drugim, na stołach lądowały kolejne piwa…

Pogawędki, kawały, krzyki, śpiewy, śmiech :). Słowem – pełna wyluzowania, niepowtarzalna atmosfera, której nie sposób oddać słowami…

Ekipa się rozkręca…

I tym razem poszedłem spać wcześniej niż reszta ekipy. Już o północy uciekłem do domku, gdzie przed snem wziąłem sobie spokojnie prysznic. Opisałem sobie też z grubsza – już w łóżku – wypadki dnia, aby nie pominąć nic w niniejszej relacji :).
I jakoś o 1:00 w nocy już smacznie spałem. Na chwilę zostałem tylko obudzony nagłym wtargnięciem do domku PGRa i Browara, którzy postanowili zabrać mi kołdrę :P. Ale epizod ten z trudem w sumie rano sobie przypomniałem ;). Browar i PGR również… 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.