Wprowadzenie

Przez ostatnie trzy lata Męskie Wyjazdy cechowała ambicja. Z roku na rok musiało być dłużej, dalej, intensywniej… Idąc więc za ciosem w 2020 r. zaplanowaliśmy iście epicką wyprawę, pełną jazdy, wrażeń i niebezpieczeństw. Turcja – pomyślicie może. Ale nie.

Pojechaliśmy do Turawy 😉

Oczywiście tradycyjnie nie mogliśmy dogadać się w kwestii terminu, więc nasza epopeja została zepchnięta na późny październik…

Nasz skład? Absolutnie klasyczny. Na tak brutalnie wymagającą podróż nie mogliśmy zabierać ze sobą niesprawdzonych w boju zawodników…

Dzień 1 – piątek, 23 października 2020 r.

Wiedząc, jak ambitna czeka nas trasa, wstawałem nieśpiesznie. Śniadanko, kawka, relaks…

Rolkę na motocykl wrzuciłem ok. 9:30 i pojechałem do Suminy, gdyż punktem zbornym była chata Browara. Start ustalony mieliśmy na godzinę 10:00.

Na miejscu byłem grubo przed czasem, ale Browar już kręcił się koło swego Triumfu Motoryzacji, do którego w żaden sposób nie dało się przymocować bagażu.

Wielki Nieobecny tradycyjnie nieco się spóźnił. Na szczęście nie o dobę – tym razem wystarczył mu akademicki kwadrans.

Z naszej trójki tylko po Ynciolu widać było, że poważnie potraktował czekające nas trudy wyprawy. Był przygotowany na każdą ewentualność, a jego Tygrys uginał się pod bagażem. Browar wyglądał przy nim, jakby chciał zajechać tylko nad jakieś lokalne jeziorko…

Gdy już nacieszyliśmy się swoją obecnością i zacząłem ustawiać nawigację na nasz dzisiejszy cel, Browar wyśmiał mnie i stwierdził, że trasę zna na pamięć. Ruszył więc przodem, a my z Ynciolem za nim. Była 10:30.

Pierwszy postój na rozprostowanie kości i uzupełnienie paliwa wykonaliśmy ok. 10:45 po męczącej przeprawie w okolice Raciborza.

Przerwa od huku w kaskach dobrze nam zrobiła, więc ze zregenerowaną energią ruszyliśmy dalej.

Okazało się, że planem Browara była podróż po DK45 z Raciborza do Opola. Wiedział doskonale, że czekają nas tam niezapomniane przygody, w postaci korków i snucia się za sznurem ciężarówek. Umożliwiało nam to kontemplowanie otaczającej nas natury i czerpanie niepohamowanej radości z wdychania spalin. 100km dzielące nas od Opola pokonaliśmy w fenomenalnym czasie, tj. w niespełna dwie godziny.

Na przedpolach miasta okazało się, że pamięć Browara się skończyła i puścił mnie przodem. Niestety zrobił to na tyle późno, że już jedyną opcją było przepchać się przez Opole, gdyż tylko w centrum był najbliższy most pozwalający przeprawić się przez Odrę.

Turawę osiągnęliśmy ok. 12:30.

I choć byliśmy zmordowani podróżą, czekała na nas trudna walka o znalezienie naszego schronu. Nie znaliśmy dokładnej jego lokalizacji, więc błądziliśmy po wiosce dobrych 20 minut, nim klucz wreszcie trafił w odpowiedni zamek.

Domek był wychłodzony, a drewutnia niemal pusta. Czekała nas zatem kolejna walka o przetrwanie – walka o ogień. Pierwej jednakże musieliśmy coś zjeść.

Zostawiwszy bagaże udaliśmy się do pobliskiej wioski Szczedrzyk, gdzie zaopatrzyliśmy się w prowiant na kolację, a potem, w kolejnej wiosce Ozimek, wbiliśmy się do pizzerii. Była już 14:00 i byliśmy wściekle głodni.

Pasza wjechała na stół, zmłóciliśmy ją w trymiga i ok. 15:00 ruszyliśmy na poszukiwanie opału.

W pobliskim składzie okazało się, że mogliśmy kupić sobie metr sześcienny drewna. Trochę nam się zatem wykoleiła logistyka transportu, więc wróciliśmy do naszej siedziby z pustymi rękami.

Ale od czego fantazja i pobliski las?

Naznosiliśmy leżącego na ziemi drewna i badyli, więc chwilę po 16:00 mogliśmy oddać się męskiej dekadencji.

W ruch poszło piwo i hamaki. Jak na późny październik pogoda naprawdę nam sprzyjała.

I tak jakoś na relaksie zeszło nam do godziny 18:00, kiedy to rozpaliliśmy w kominku ogień i grilla.

A potem na relaksie kolacja, posiedzenie, piwko, śmiechy – i tak do nocy.

Bez spiny, bez ciśnienia, bez planu na kolejny dzień…

Dzień 2 – sobota, 24 października 2020 r.

Wstaliśmy bladym…

A nie. Wstaliśmy po prostu jak się obudziliśmy ;).

Na początek dnia wykonaliśmy sobie śniadanko na wypasie, po którym ok. 11:00 zdecydowaliśmy się wyjść na spacer. Było pochmurno, ale całkiem przyjemnie.

Zawędrowaliśmy na plażę Jeziora Turawskiego, gdzie podczas spaceru udało nam się zlokalizować budynek sławetnych imprez z cyklu „Turawa Party”. Obejście budynku zmieniło się znacznie, niemniej fajnie było powspominać te dwie dzikie imprezy.

Potem znaleźliśmy łódkę, w której poziom wody był wyższy niż w jeziorze i w zasadzie na tym atrakcje się skończyły.

Szerokim kołem wróciliśmy do naszego domku.

Było już grubo po 12:00, więc idąc z duchem wyprawy, zamiast pojechać coś zjeść, zamówiliśmy pizzę. Rozsiedliśmy się przy stole przed domkiem i graliśmy w karciankę Osadników z Catanu :).

Po obiedzie na motocykle wygonił nas dopiero brak drewna. Nie chciało nam się zbierać mokrych gałęzi po lesie, więc pojechaliśmy do centrum Opola szukać opału. Przy okazji Browar chciał nam pokazać jakieś zajebiste jeziorko o krystalicznie czystej wodzie, ale coś nie pykło i zobaczyliśmy jakiś zwykły zalew ;).

Po zaopatrzeniu się w brykiet kominkowy i żywność, ok. 15:30 wróciliśmy odpocząć do domku. Pękło 45km ;).

Popołudnie zeszło nam na byczeniu się w hamakach, graniu w gry, piciu piwa…

Wieczorem rozpaliliśmy w kominku i na kolację odgrzaliśmy w nim resztki obiadowej pizzy oraz usmażyliśmy kiełbasy na kiju.

Paweł przygotował też wypasioną sałatkę, bowiem od pewnego czasu nie ima się mięsa.

Późnym wieczorem ja odpadłem spać, a chłopaki długo jeszcze w nocy upalali głośnik i wydurniali się do muzyki.

Dzień 3 – niedziela, 25 października 2020 r.

Na nogach byliśmy już przed 9:00. Toaleta, śniadanko…

Potem zostało nam już tylko sprzątanie domku i pakowanie. Ale nie spieszyliśmy się z tym przesadnie i na motocykle wsiedliśmy jakoś kwadrans po 12:00.

Tym razem ja prowadziłem grupę, a trasę ustawiłem tak, żeby było ciekawie. Także do Strzelec Opolskich jechaliśmy wąziutkimi drogami bez numerów, przez puste pola – klimat był mega przyjemny.

Za Strzelcami lecieliśmy co najwyżej drogami wojewódzkimi i tak przez Kędzierzyn Koźle i Kuźnię Raciborską dotarliśmy do Suminy pod dom Browara. Nie było nawet 14:00.

Pod chatą spisałem przebieg. W 3 dni pokonaliśmy 327km :).

Można się śmiać, ale czas ten był bezcenny. W tym roku nie mieliśmy możliwości wyjechać gdzieś dalej na dłużej, ale okazuje się, że nie ma to znaczenia.

Nie ważne gdzie, ważne z kim…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.