Czwartek, 14 maja, godzina 5:58 rano. Na stację BP zajeżdża srebrna Honda CBF 1000 i parkuje obok innej Hondy, czarnej CB 1000 Big One. Jeźdźcy witają się, żartują, śmieją i oglądają swoje sprzęty, sprawdzając przy okazji łańcuchy, ciśnienie w oponach i inne detale. Po chwili pod dystrybutory zajeżdża kolejna Honda – pomarańczowa CB Seven Fifty. Jej kierowca wita się z dwójką już obecnych motocyklistów i podgrzewa wesołą atmosferę.

Wszyscy wyraźnie nakręceni są czekającą ich wyprawą. Zapytani zaś przez przypadkowego kierowcę o cel tak wczesnego wyjazdu, odpowiedzieli zgodnie – „W góry, do Zakopanego!” – po czym wsiedli na swoje maszyny i ruszyli w zwartym szyku przed siebie… 😉

Jednym z głównych bodźców do zorganizowania tej wyprawy był… Ynciol :]. Chłop ma motocykl gotowy do sezonu, ledwo co kupił nowy strój tekstylny, chcice na śmiganie ma nie mniejszą ode mnie czy Browara, ale jakoś nie ma czasu i możliwości, by wykulać sprzęta z garażu, przez co od początku roku nie zrobił chyba nawet tysiąca kilometrów. Browar postanowił więc wyciągnąć go na jakąś dłuższą jednodniową rajzę, aby mógł się wreszcie chłopak wyżyć :).
Tak się złożyło, że akurat miałem na oku ciekawą trasę do zrobienia. Jeden z jej etapów pokonałem kilkanaście dni wcześniej na majówce – szybki przelot przez góry po Słowackiej stronie. Chciałem go jednak rozszerzyć o rundę honorową wokół Masywu Tatrzańskiego :). W sumie Google Maps obliczyło mi szkody na ponad 600km :D.

Zdzwoniliśmy się z Ynciolem i zaczęliśmy ustalać termin. Musiał pokrywać się z względnymi prognozami pogody i realnymi urlopami całej naszej trójki ;). Rzecz niemal niemożliwa w przypadku Ynciola :P, ale… udało się! Wolność wykupiliśmy sobie na czwartek 14 maja… Start umówiony został na godzinę 6:00 z wiadomego już miejsca… 😉

Stację BP opuściliśmy ok. 6:10 i ruszyliśmy w stronę Żor. Był bardzo zimny poranek – nie było chyba nawet 10 stopni :).
Początek wyprawy nie był zbyt ciekawy. Dotarliśmy do Żor, skąd puściliśmy się wiślanką do Skoczowa. Tam na sekundę zatrzymaliśmy się, aby poprawić komfort termiczny naszych strojów oraz gruchnąć po małej herbacie z termosu :P.

Zaraz potem wskoczyliśmy na S1, by szybkim strzałem z przelotową 150km/h dojechać do Bielska.
Tam w kość dały nam trochę korki i remonty dróg, ale jakoś wydostaliśmy się na drogę do Żywca. Było na tym odcinku trochę wyprzedzania, ale co to za problem dla motocykli ;).
Zaraz za Żywcem wskoczyliśmy na krótki odcinek nowej drogi ekspresowej S69. Tam wreszcie się jechało jak należy, jednak – jak to u nas w Polsce – bardzo szybko dobra droga się skończyła i znowu staliśmy na wahadłach wśród remontów.
Zatrzymaliśmy się kolejny raz pod Milówką. Ja wrzuciłem na siebie drugi sweter, wszyscy walnęliśmy znowu po herbatce (temperatura chyba jeszcze bardziej spadła w pobliżu gór) i – w drogę! Kolejny postój wypadł jednak po paru kilometrach – przy estakadzie w Milówce. Jechałem po niej podczas majówki i zajebiście mi się podobała :). Chciałem pokazać ją chłopakom, no i machnąć sobie na jej tle jakąś fotkę ;).

Po sesji zdjęciowej – kolanko, dzida pod estakadą, kolanko, dzida po estakadzie :D. Jest naprawdę rewelacyjna :).
Za estakadą był jeszcze dosyć krótki odcinek ekspresówki S69 (jak ją ukończą, to będzie na całej długości od Żywca do Zwardonia :)), po którym dalsze remonty i wahadła doprowadziły nas wreszcie do przejścia granicznego w Zwardoniu :).
Po słowackiej stronie trasa z początku bez rewelacji, ale potem… Palce lizać :). Ekspresówka E75 między Cadcą a Ziliną przebiega przez piękną górską okolicę. Trochę dużo TIRów sypało po obu pasach, ale co się dziwić – był czwartek ;). Jednak większość samochodów ładnie robiło nam marginesik, abyśmy mogli wyprzedzać, więc przelotowa trzymała się przeważnie na poziomie 120-130km/h :).
Gdzieś po drodze jednak przystanąłem na poboczu, aby dać szansę aparatom fotograficznym – przed wyjazdem ugadaliśmy się, że jednak czasem trzeba się zatrzymać na fotkę, aby uwiecznione było coś więcej niż tylko stacje benzynowe :P.

Po małej sesji – dzida dalej! Ze Ziliny pognaliśmy na Martin drogą E50. I znowu cudooo! Szybkie łuki, piękne widoki, dobry asfalt… Żeby jeszcze ten ruch był mniejszy!

W pewnym miejscu odbiliśmy na Dolny Kubin zjeżdżając z E50. Tam zaczęliśmy rozglądać się za jakimś małym postojem. I zaraz za jednym długim wahadłem (przejechanym na czerwonym :P) znaleźliśmy odbicie w lewo, gdzie znaleźliśmy dosyć zaśmiecony gałęziami placyk. Bez rewelacji, ale na krótki postój się nadawało ;).
Poszły w ruch kanapki, czekolady, napoje. Powydurnialiśmy się, popisaliśmy smsy, odsapnęliśmy chwilę (było już ponad 200km w kołach :)) i… można było jechać dalej :). W siodle w końcu najlepiej…

Dotarliśmy do Dolnego Kubina, skąd piękną krętą szybką traską E77 pogoniliśmy na Trstenę. Oravsky Podzamok śmignęliśmy na pełnej prędkości, choć widok bardzo kusił. Cisnął nas jednak grafik i… no ileż można się zatrzymywać, jak asfalt aż prosi się o odkręcenie manetki? 🙂
Wszystkich nas już z wolna cisnęło tankowanie – od Rybnika nic nie dolewaliśmy, ale uznaliśmy, że nalejemy już w Polsce. Z Trsteny bowiem skręciliśmy na przejście graniczne w Suchej Horze, skąd już bliziutko było do Zakopanego :).
Od pewnego momentu zaczęły towarzyszyć nam z prawej przepiękne widoki na Tatry Wysokie. Jednak jakoś nie zatrzymaliśmy się, aby to uwiecznić. Mieliśmy w końcu w perspektywie kilkadziesiąt kilometrów jazdy wokół Tatr, więc wierzyliśmy, że ładnych miejsc pod zdjęcie nam nie zabraknie…
Już po polskiej stronie jechaliśmy bardzo grzecznie. Mój wskaźnik poziomu paliwa zszedł poniżej empty, a Ynciol i Browar już od jakiegoś czasu śmigali z kranikami na rezerwie…
Jakież było jednak nasze zdziwienie, że na całym kilkunastokilometrowym odcinku od przejścia granicznego do Zakopca nie było ani pół stacji benzynowej! Co więcej – w samym Zakopcu też ni widu, ni słychu… W końcu zapytaliśmy się kogoś o stację i ten pokierował nas w zasadzie na same Krupówki, gdzie jest „oldschool’owa” stacja Orlenu :]. Całe dwa dystrybutory z analogicznymi licznikami ;). Od tankowania mieliśmy ok. 320km.
Po napełnieniu zbiorników porzuciliśmy nasze sprzęty na mikro parkingu stacji i przeszliśmy jakieś – o zgrozo – 25 metrów do najbliższej knajpy na kawę :).
A tam… No cóż, nie było elementu świata przedstawionego, z którego Browar z Ynciolem by się nie nalewali ;). Oj, wesoło było – bez dwóch zdań :).

Pokrzepieni kawą, tudzież gorącą czekoladą, po uregulowaniu rachunku – wróciliśmy do motocykli i… po prostu ruszyliśmy dalej.
Jak na złość przy wyjeździe z Zakopca przypadkiem natknęliśmy się na wielką stację BP. Wyglądała nieco solidniej od „naszego” Orlenu – i tylko dziw bierze, że autochtoni tam nie pokierowali :].
Opuszczając Zakopane trochę słabe oznaczenia wyprowadziły nas na drogę ku Łysej Polanie. Konsultacje z mapą jednak wskazały, że droga jest nawet lepsza od pierwotne obranej, więc pognaliśmy po górskich serpentynach, by po drodze zatrzymać się parę razy na kilka fotek przy niezgorszych widoczkach na Tatry :).

Po przejechaniu granicy bardzo krótko dane nam było jechać. Przezierające przez drzewa i załamania terenu ośnieżone masywy górskie towarzyszyły nam cały czas, jednak w pewnym miejscu wyskoczyliśmy na tak zapierający dech w piersiach widok, że aż musieliśmy się zatrzymać. W poszukiwaniu zaś dobrego punktu na wykonanie zdjęć, Browar znalazł wjazd na szeroką piękną zieloną łąkę, z której szczyty górskie były doskonale widoczne – nic ich nie zasłaniało… Jednocześnie sama łąką była też fantastyczna – wjeżdżając na nią czułem się jak sześciolatek przekraczający bramę gigantycznego wesołego miasteczka… Polana była totalnie pusta – i cała nasza :D.

Decyzja, że zostajemy tam na obiad została podjęta w nanosekundę. Trochę dłużej zajęło nam postawienie motocykli, bowiem gleba była tam zbyt miękka dla bocznych stopek :). Browar pojechał w górę łąki po rozjeżdżonej dróżce, ja zaś zjechałem na dół po jakieś kamienie. Znalazłem jakąś puszkę po napoju i płaski kamień. Puszkę rzuciłem Ynciolowi a sam pojechałem na górę, zobaczyć, czy może Browar nie znalazł jakiejś miejscówki na popas :).

Po prostu w mgnieniu oka zakochałem się w tej łące. Gdybyśmy mieli urlop na dwa dni i namioty – na bank byśmy zostali tam z noclegiem…
Gdy emocje trochę opadły – zebraliśmy się w miarę w jednym miejscu i chwyciliśmy za aparaty…

Naprawdę – piękne miejsce. Koniec, kropka.
Gdy już się nawygłupialiśmy do woli – wypakowałem swoją kuchenkę, napełniłem zbiorniczek benzyną i – kolejno podgrzaliśmy sobie nasze specjały w zabranych rondelkach. Każdy miał w sumie to samo – pulpety mięsne w sosie pomidorowym ;).

Ach, jak tak sobie leżeliśmy na trawce, wcinając ciepły posiłek, kolejny raz czułem się jak w pełni wolny człowiek – tak jak kiedyś w Skandynawii… Przepiękne krajobrazy, motocykl, słoneczko i cisza… I tylko od własnej fantazji zależało, gdzie się zatrzymamy, gdzie będziemy jeść, gdzie pójdziemy spać. Po prostu codziennie jakaś przygoda, codziennie coś nowego, bez przeszłości, bez przyszłości :]. Szkoda tylko, że to była tym razem tylko iluzja…
Naprawdę nie chciało nam się opuszczać tego przytulnego miejsca. Niestety czas był nieubłagany – dochodziła już 15:00, a przed nami było jeszcze sporo kilometrów…
Zwinęliśmy nasze graty i z lekkim żalem ruszyliśmy przed siebie.
Pognaliśmy drogą 67 i potem 537 na miejscowość Vysoke Tatry. Chłopaki już oporowali trochę przed postojami, bo czas naglił, ale jeszcze bez przystanków się nie obyło. Po prostu grzechem byłoby nie zrobić sobie zdjęcia w takich miejscach jak np. te, prawda? 🙂

Na pewnym odcinku droga 537 była wręcz genialna. Asfalt bardzo ostry i mnóstwo zakrętów. Tam to ciężko było jechać – składasz się estetycznie w zakręt z przechyłem często nieosiągalnym na polskich asfaltach, a tu nagle między drzewami prześwieca Ci fantastyczny widok. I zamiast śledzić winkiel, wzrok ucieka za tatrzańskimi szczytami ;). W jednym miejscu tak się rozglądałem, że nawet nie zauważyłem, iż „zdjąłem” jakiegoś wróbla! Paweł na postoju mi potem powiedział, że odbił mi się od owiewki jakiś mały ptak i spadł na asfalt… 🙁 Ja niczego nie poczułem, a na plastikach moto nie znalazłem żadnego śladu.
Nie ma w tym wszystkim jednak róży bez kolców. Na drogach niestety bardzo często i gęsto leżał żwir i piach. Myślę, że spokojnie połowa zakrętów była w ten sposób „zepsuta”, a na wielu – wydawałoby się – dobrych zakrętach trzeba było nagle ostro hamować, gdy na wyjściu pojawiała się nagle łacha żwiru. Nie pozwalało to specjalnie nam rozwinąć skrzydeł, choć może właśnie dzięki zwiększonej przez to czujności nikt z nas nie szlifnął ;).
Drugim aspektem, który nieco hamował nasze zapędy była słowacka Policja. Mnóstwo słowackiej Policji. Podczas całego wypadu widzieliśmy ładnych kilkanaście radiowozów, a raz smutny pan po cywilnemu namierzał nas z mostu przenośnym fotoradarem. Kilometr dalej stał patrol i zatrzymywał skutecznie zmierzonych… Nam się udało :]. Mandaty na Słowacji są jednak teraz takie, że naprawdę strach tam śmigać…
Wracając jednak do naszej trasy… Droga 537 w końcu odbiegła od gór i doprowadziła nas do autostrady A1. Tam podgoniliśmy parę kilometrów z mało kodeksową przelotową do Liptovskiego Mikulasu, skąd odbiliśmy na Podbiel drogą 884 :). Tam czekała na nas przełęcz i mnóóóóstwo winkli :).
I właśnie tam Browar mało się nie wypierdzielił. Tylne koło zapragnęło wyprzedzić przednie po zewnętrznej, jednak szybka interwencja nogą pomogła :]. Znaczy pomogła motocyklowi, bo nodze zaszkodziła :]. Zatrzymaliśmy się więc na moment, a Browar rozchodził obolałą kostkę. No i dzida dalej – kolanko, przerzucenie moto, kolanko ;). Aż wypadliśmy w Podbielu, zamykając tym samym pętlę wokół Tatr. Od tego momentu zaczął się już mało ekscytujący powrót do domu.
Z Podbielu dojechaliśmy do Tvardosina, dalej skręciliśmy na Namestovo i dalej – moimi śladami z pierwszej zagranicznej wyprawy MZtą – na Korbielów. I tu właśnie jest strasznie nudny jeden odcinek. Droga prosta jak w mordę strzelił, jasnoszary asfalt, cały czas jakieś wioski i tylko jedzie się od wzniesienia do wzniesienia. Straszna nuda :P.
Granicę w Korbielowie osiągnęliśmy ok. 17:15.

Zafundowaliśmy sobie tam mały postój na sikanie i herbatę (przezornie na polance nagotowaliśmy nowej do termosu), po czym puściliśmy się po winklach w dół!
No, to był jeden z przyjemniejszych po polskiej stronie odcinków :). Droga z Korbielowa do Żywca ma sporo fajnych zakrętasów a do asfaltu nie można się przyczepić :). Rozwalił nas tam jeden jamnik, który twardo w pełnym galopie zasuwał po chodniku szczekając na nas – mało uszu nie pogubił i łap nie poplątał :]. Zajebiście komicznie to wyglądało ;).
Zaś od Żywca powrót był już nudny. Trochę wyprzedzania do Bielska, a potem S1 do Skoczowa i Wiślanką do Żor. Mogliśmy jechać dla odmiany przez Pszczynę, ale chłopakom już się do swoich wybranek spieszyło, więc pogoniliśmy szybszą drogą.
W Rybniku rozjechaliśmy się do domów jakoś chyba przed 19:00. W garażu rzuciłem okiem na licznik – pokazywał 35764km. Szybki rachunek dał wynik 648 pokonanych kilometrów… Całkiem, całkiem :).

Podsumowując?
Trasa rewelacyjna! Może kiedyś sobie jeszcze raz ją machnę, pomijając etap słowackich ekspresówek. Widoki Tatr zapierające dech, w wielu miejscach doskonały asfalt, żeby sobie do porządku pozamykać opony (choć jesteśmy lamy – nie daliśmy rady :P) no i ruch niewielki, więc żyć nie umierać!
Wyprawa udała nam się doskonale i już kombinujemy, gdzie by tu wykorzystać kolejny dzień urlopu… 😉

PS
Tak właśnie zaczęła się historia Męskich Wyjazdów. Idea wspólnego śmigania w męskim gronie, w którym nigdy nie mogło zabraknąć naszej trójki…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.